Dni Fantastyki 2022 – relacja z konwentu we Wrocławiu. Granice Magii, leszy na scenie i długie rozmowy

Centrum Kultury Zamek w Leśnicy i okoliczny park w ostatni weekend wakacji zamieniły się w miejsce spotkań fanów i twórców fantastyki oraz popkultury. Byli zachwycający cosplayerzy, ulubieni rodzimi autorzy, twarze i głosy znane z popularnych fanpage’y i wielu innych. Byliśmy też my! Tegoroczne Dni Fantastyki we Wrocławiu odbyły się w dniach 26-28 sierpnia, a w sobotę i niedzielę wzięła w nich udział także delegacja z redakcji GamesGuru. Zapraszamy na relację!

31 sierpnia 2022

Spod pióra Doroty Żak

Na każdym konwencie albo festiwalu fantastyki znajdziemy podobne rodzaje atrakcji czy wydarzeń. Dla tych, co lubią słuchać, są prelekcje, dla tych, co wolą mówić, panele dyskusyjne. Można też przebrać się za ulubioną postać, zrobić zdjęcie z bohaterem, którego fanem jesteśmy, iść na koncert, odwiedzić strefę z gadżetami i zabrać je do domu, zapisać się na warsztaty rękodzieła, zagrać w coś z innymi. Każdy konwent ma też swój własny, unikalny klimat, którego nie da się powtórzyć.

No dobra, to jak było w tym roku na Dniach Fantastyki we Wrocławiu?

Cosplaye na Dniach Fantastyki we Wrocławiu

Po co nam ta magia (i konwenty)?

Skoro motywem przewodnim całego wydarzenia były „Granice Magii”, to wypada o tym powiedzieć trochę więcej. Idealnie pod temat złożyły się dwa spotkania, oba w formie dyskusji z widownią – „Jak magia psuje dobre światy i zatrzymuje je w rozwoju” prowadzone przez Piotra Cholewę i Michała Cholewę oraz „(Nie)Realizm magiczny, czyli rzecz o magicznych ograniczeniach” z Krzysztofem Haladynem.

Po pierwsze było tutaj dużo zastanawiania się, po co właściwie nam magia w fantastyce. Niby jest jedną z jej głównych składowych, ale czasami potrafi namieszać bardziej niż pomóc. Poza tym, jeśli można z jej pomocą zrobić właściwie wszystko, to rozwój technologii staje się właściwie niepotrzebny. Nikt nie będzie wymyślał samochodu, kiedy można się gdzieś szybko teleportować. To od strony światotwórczej. Ale można też pomyśleć o samych postaciach, które magią się posługują, o wszelkich czarodziejach, magach, wiedźmach. Jeśli ich moc jest niczym nieograniczona, to stają się po prostu niebezpieczne albo… nudne.

Można rzucać tutaj wieloma przykładami i właśnie to miało miejsce na obu panelach. Wydaje mi się, że zaoferowały one dokładnie to, czego chcą uczestnicy konwentów – pole dialogu do wymieniania się ulubionymi przykładami z innymi, gdzie każdy ma prawo głosu i może spotkać osoby, które mają podobne zainteresowania, nie mówiąc już o znalezieniu kolejnych inspiracji. Zresztą, wiele spotkań odbywało się w podobnej formie. Z jednej strony można przyjść na nie i czegoś się dowiedzieć, z drugiej po prostu pogadać z kimś, kto oglądał ten sam serial albo czytał tą samą książkę i też jest fanem. W końcu, czy nie taki jest powód organizowania konwentów?

Literatura, teoria i historia

Rozmowy toczyły się nie tylko między prowadzącymi a widownią, ale też między zaproszonymi gośćmi. Na panelu „Realizm magiczny – osobny gatunek czy maska dla fantastyki, aby mainstream mniej bolała dupa, że czyta literaturę nieambitną” Jakub Bielawski, Marta Krajewska i Radek Rak zastanawiali się nad statusem gatunku fantastyki we współczesnej polskiej literaturze. Tak się jakoś złożyło, że mimo rzeszy fanów nadal jest ona spychana gdzieś na margines, jako coś niepoważnego albo wprawka do napisania porządnej książki, która dopiero ugruntuje status pisarza. Co z tym zrobić? Przerzucić się na pisanie non-fiction? Kamuflować się pod hasłem realizmu magicznego? Czy może dalej robić swoje? Prostej odpowiedzi brak, ale cały konwent, na którym byliśmy pokazuje, że fantastyka jednak ma się dobrze i przyciąga do siebie ludzi mimo łatki bycia niepoważną, jaką niektórzy jej naklejają.

Jakub Bielawski, Marta Krajewska i Radek Rak w trakcie panelu o realizmie magicznym

Spotkania oparte na dyskusji to oczywiście nie jedyne, na które trafiliśmy w czasie Dni Fantastyki we Wrocławiu. Po zobaczeniu w programie „Przepis na blockbuster (i nie tylko), czyli o niekończącej się lekturze podróży bohatera” Iwony Morozow nie było opcji, żeby nie iść, bo zawsze miło posłuchać o teorii Josepha Campbella. To, że Hollywood nie od dzisiaj opiera swoje opowieści na monomicie, pewnie już nikogo nie dziwi, ale okazuje się, że ten sam schemat stosuje się też w marketingu i reklamie. Prelekcja idealna, jeśli ktoś zaczyna interesować się tematem i chce wiedzieć, od czego zacząć lekturę, żeby go zgłębić.

A co do ciekawych tematów, porozmawiajmy o piratach. Albo raczej o tym jak dużo prawdy historycznej jest w serialu Nasza bandera znaczy śmierć. Stede Bonnet i Czarnobrody spotkali się na małym ekranie, ale jak w rzeczywistości wyglądały ich podróże i życiorysy? Tego dowiedzieliśmy się na prelekcji „The art of f**kery, czyli ile jest prawdy w gej piratach” Marty Niewiadomskiej. Nie dość, że faktyczne wydarzenia momentami były jeszcze ciekawsze niż to, co widzieliśmy w serialu (podobno Czarnobrody urządził na pewnej wyspie legendarną dwumiesięczną imprezę, a Bonnet plątał się w szlafroku po pokładzie okrętu, który akurat brał udział w bitwie morskiej) to samo wykonanie prezentacji – z animowanymi statkami na mapie pirackich podróży w XVIII wieku – idealnie grało z treścią.

Konwent, jaki jest, każdy widzi

Dni Fantastyki to impreza zdecydowanie na mniejszą skalę niż Pyrkon (który też udało nam się w tym roku odwiedzić), ale ta kameralność działa właściwie na jej korzyść. Nie ma tutaj aż takiego biegania z jednej hali do drugiej, żeby zdążyć na kolejną prelekcję, przez co łatwiej wypchać po brzegi swój prywatny harmonogram kolejnymi punktami programu. Jasne, zdarza się (czasami) nie dostać na salę przez duże zainteresowanie, ale nietrudno w tym samym czasie znaleźć inny ciekawy panel. Albo przejść się po strefie wystawców, zobaczyć, co akurat robią grupy rekonstrukcyjne lub podzielić się anegdotkami z zawsze pomocnymi wolontariuszami, którzy sprawili, że wszyscy goście konwentu mogli poczuć się doskonale zaopiekowani. Akurat jeśli chodzi o wszelkie aktywności i prelekcje, jest z czego wybierać. Tym bardziej szkoda, że nasza redakcyjną delegację ominął piątek, pierwszy dzień imprezy, którego program mocno nas zaciekawił. Z pewnością nadrobimy to w przyszłym roku, bo jednak dwa dni to nadal za mało na tego typu konwent.

Najlepsze rzeczy zwykle zostawia się na koniec, dlatego też dostosuję się do tej zasady. Jedną z wisienek na pięknym torcie, jakim były tegoroczne Dni Fantastyki we Wrocławiu, był sobotni koncert Żywiołaka. Nie dość, że muzyka zespołu idealnie pasowała do klimatu całej imprezy, to jeszcze na scenie pojawił się ktoś, kogo chyba nikt się nie spodziewał – sam leszy znany nam ze świata Geralta z Rivii. Ale na szczęście nie musieliśmy się bać, bo dookoła pełno było wiedźminów dzięki niesamowitym cosplayerom. Najwyraźniej jednak fantastyczne stwory mają dużo więcej energii niż ludzie, bo nasz gość przetańczył właściwie cały koncert (chociaż widownia pod sceną ani trochę mu nie ustępowała, więc nie ma jednoznacznego zwycięzcy). Jeśli więc zastanawialiście się kiedyś, jak przywołać leszego, przetestowanym już sposobem jest śpiewanie piosenek Żywiołaka.

Koncert Żywiołaka na Dniach Fantastyki we Wrocławiu

Spod pióra Kai Piaścik

Fantastyczna otwartość

Dni Fantastyki we Wrocławiu mogły pochwalić się wyjątkowym klimatem. Zamek w Leśnicy i okoliczny park oferują przestrzeń, dzięki której nawet przy większym tłumie konwent utrzymywał kameralną atmosferę piknikowego spotkania z przyjaciółmi. Nie przypominał wielkich targów, ale z jakiegoś powodu lepiej podkreślał przez to poczucie bliskości z ludźmi, z którymi łączy nas zamiłowanie do fantastycznych i okołofantastycznych tematów. A to wszystko przy ogromnej otwartości! DF-y nie zamknęły się na czas trwania konwentu na świat zewnętrzny. Teren był ogólnodostępny, każdy mógł przejść się po strefie wystawców, postać pod sceną czy posłuchać o wikingach. Wstęp na punkty programu umożliwiały zarówno karnety, jak i jednorazowe wejściówki, co dało opcję wzięcia udziału także tym, którzy nie byli w stanie poświęcić imprezie całego dnia.

Dni Fantastyki świetnie pokazały, że konwenty nie są już przeznaczone hermetycznej społeczności, ale stanowią zintegrowaną częścią mainstreamu. Ta refleksja przetaczała się też przez całe wydarzenie. Wyraźnie widać było, że prelekcje przeznaczone są nie tylko dla pasjonatów, za to oferują dużą dawkę wiedzy również osobom, które są zwyczajnie zainteresowane tematem i chcą dowiedzieć się czegoś więcej. I dobrze! Teoria i praktyka w zakresie fantastyki czy szeroko pojętej popkultury była na DF-ach na wyciągnięcie ręki. Z racji profilu imprezy było może mniej punktów przeznaczonych konkretnie gamingowi, co nie znaczy jednak, że program nie obejmował ciekawych prelekcji o grach.

Zamek w Leśnicy

Okno na światy

Jak można się spodziewać po konwencie skupionym na fantastyce, DF-y zaoferowały sporo tym, których interesują koncepcje światotwórcze w różnych kontekstach. Było oczywiście sporo o magii, ale i o cynicznym podejściu korporacji do fantastycznych światów. Kwestiom spójności settingów i intencji medialnych gigantów poświęcona była prelekcja Krzysztofa M. Maja „Czarne elfy i słowiańscy wiedźmini. Fantastyka kontra woke capitalism”. Wpisany w fantastykę eskapizm nie oznacza przecież, że powinna ona unikać tematów politycznych – tak naprawdę chcemy uciekać do, a nie z. Problem pojawia się wtedy, gdy dylematy z rzeczywistości są przekładane 1:1 z rzeczywistości na narrację fikcyjną, co zaburza koherentność świata. Korporacje takie jak Disney czy Amazon zarabiają na celowo wywoływanych kontrowersjach, a decyzje dotyczące castingów czy worldbuildingu podejmują w złych intencjach, w efekcie czego zwyczajnie szkodzą. Poruszony na prelekcji temat zmusił do namysłu przede wszystkim w kwestii tego, w jaki sposób mamy odnosić się do niektórych dzieł spod szyldów medialnych gigantów oraz ukazanych w nich fantastycznych światów. Wniosek? Możemy nie przykładać się do popularności produkcji, których twórcy nie szanują publiczności.

Krzysztof M. Maj w trakcie prelekcji na Dniach Fantastyki

Adam Flamma (groznawca, wykładowca, game designer i CEO Astrolabe Games, autor książki Wiedźmin. Historia fenomenu) opowiedział z kolei o powodach, dla których kochamy otwarte światy w grach. Open worldy m.in. w serii Assassin’s Creed, serii Horizon i Read Dead Redemption 2 stają się domem dla gracza na kilkadziesiąt (a często nawet kilkaset) godzin. Co więc sprawia, że tak chętnie do nich wracamy? Jak wielu z nas dobrze wie, w dużej mierze przez poczucie sprawczości i progresu – możliwość wpływania na stan świata, decydowania o losach postaci, stały rozwój. Włącza się w to też zobowiązanie wobec bohaterów i społeczności. Rozległe krainy dają przestrzeń narracji środowiskowej i umożliwiają ukazanie wieloaspektowych problemów, które dotyczą mieszkańców świata. Nasza miłość do wielkich przestrzeni pochodzi częściowo również z marketingu gier z open worldami, ale niektóre przyczyny są dużo bardziej osobiste. Nawet powtarzalność i rutyna podróży po otwartych światach dają nam coś dobrego, czyli poczucie bezpieczeństwa. W trakcie prelekcji posłuchaliśmy zatem o tym, co stale przyciąga nas do open worldów, ale przypomnieliśmy sobie także o uczuciach, jakie towarzyszą nam, gdy przywołujemy ulubionego wierzchowca i przemierzamy mapę z jednego krańca na drugi.

Co wiemy, czego nie wiemy

Konwenty to też skondensowana wiedza. Andrzej Placety w trakcie prelekcji „A więc chcesz robić gry? – czyli jak znaleźć pracę w game devie” z punktu widzenia dewelopera podpowiedział, dlaczego warto (lub nie) zaangażować się w tworzenie gier wideo i w jaki sposób dostać się na wymarzone stanowisko. Game dev, jak zresztą każda inna branża, ma swoje ryzyka, ale równocześnie pozwala zawodowo zajmować się czymś, co faktycznie nas interesuje. W końcu perspektywa grania przez kilka godzin dziennie i utrzymywania, że przecież robi się research, brzmi naprawdę dobrze. Trzeba przy tym pamiętać, że nie na wszystkie talenty jest jednakowe zapotrzebowanie (junior concept artists i aspirujący game writers, wy szczególnie możecie mieć pod górkę). Ciągle warto jednak próbować. Jak? Najlepiej… robiąc własne gry. Proste projekty są tu kluczem, bo najłatwiej je skończyć, a stanowią konkretny efekt naszej pracy i najlepiej sprawdzą się jako dowód umiejętności dla potencjalnego pracodawcy. A więc wszyscy przyszli game devowie, życzymy wam powodzenia w rekrutacji!

W niedzielę Julian Jeliński (Brody z kosmosu na FB i YouTube) przedstawił nam za to, czego możemy spodziewać się po nadchodzącej premierze Black Panther: Wakanda Forever. Najbliższy film Marvela wciąż owiany jest tajemnicą, ale prelekcja pozwoliła zorientować się, co (także w obliczu niedawnej śmierci Chadwicka Bosemana) prawdopodobnie nas w nim czeka, a o których ciekawych wątkach możemy jedynie pomarzyć. Ilość informacji o przygodach Czarnej Pantery wciśniętych w godzinną prelekcję była ogromna, co docenić mogli zwłaszcza ci, którzy nie mieli okazji czytać komiksów. A co tak naprawdę zobaczymy w filmie Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu? Okaże się 11 listopada.

Zachwyty, zachwyty

Tak jak Dorota, nie mogę nie wspomnieć też o tym, jak zakończyliśmy sobotę. Po całym dniu na konwencie obowiązkowym punktem programu jest też wieczorny koncert – drugiego dnia na plenerowej scenie pod zamkiem wystąpił opisany już zespół Żywiołak (gościnnie z członkami Żniw oraz leszym o niesamowitej wytrzymałości, którego ogromnie podziwiamy!). Nic nie pasuje lepiej do fantastycznego klimatu, niż cięższe folkowe brzmienia.

Żywiołak na Dniach Fantastyki we Wrocławiu

Jeśli jest jeszcze coś, co zapadło mi w pamięć, to oczywiście cosplayerzy. Ich wysiłek, ciężka praca i pomysłowość niezmiennie mnie zachwyca, a to też przecież głównie dzięki nim konwenty są tak interesujące wizualnie. Chyba nigdy nikomu nie znudzi się oglądanie za kimś przebranym za naszą ulubioną postać (albo za tę, którą ledwie kojarzymy, ale wygląda niesamowicie, gdy przechodzi tuż obok!). Na DF-ach była silna wiedźmińska ekipa, był Harry Du Bois z Disco Elysium, była piękna para – on Jedi, ona Wonder Woman, a to tylko kilka przykładów. Rzadko mam odwagę podejść i im to powiedzieć, ale mam nadzieję, że cosplayerzy wiedzą, jacy są niesamowici.

Ogólne wrażenia? Po dwóch dniach konwentu pozostał delikatny niedosyt. Piątkowy program uwzględniał mnóstwo wydarzeń, w których nasza delegacja nie mogła wziąć tym razem udziału, ale wiemy już, że na kolejne DF-y naprawdę warto przeznaczyć więcej czasu. Bardziej kameralny od Pyrkonu konwent to również świetna okazja, żeby posłuchać na żywo rodzimych autorów i twórców, chociażby ulubionych popkulturowych fanpage’y czy blogów. Do Wrocławia wrócimy zatem ekipą z GamesGuru za rok i jesteśmy pewni, że będzie tylko lepiej!

Wielu autorów

Dziennikarski dream team. Najzabawniejsza redakcja w galaktyce. Najlepszy zespół na jaki możesz trafić w swojej ulubionej grze multiplayer. Namaszczeni przez Guru Gier. Mówią na nas różnie. Zawsze jednak sprowadza się to do tego samego: niezależnej zgrai szaleńców-pasjonatów, którzy postanowili wspólnymi siłami odbetonować polską skostniałą branżę dziennikarstwa gamingowego.
UWaga! Gorące informacje!