Codzienna dawka planszówkowych nowin!

Wracaj do nas regularnie i bądź na bieżąco!

Recenzja Rezerwat – kafelkowe safari

17 marca 2026,
12:35
Piotr Borlik

Rzadko zdarza się, by twórca gier otwarcie przyznał, że skopiował czyiś pomysł, a jeszcze rzadziej wspomina o tym w instrukcji. Dlatego gdy pierwszy raz czytałem instrukcję do Nova Luna i natknąłem się na stwierdzenie: „Gra oparta na pomyśle Cornégo van Moorsela”, poczułem naturalną chęć sprawdzenia, jak gra się w oryginał. Po latach mogę śmiało powiedzieć: gra się lepiej.

Już wygląd okładki przyciąga spojrzenie i obiecuje cieszącą oko rozgrywkę. Pozostałe elementy trzymają poziom, co w połączeniu z łatwo przyswajalnymi zasadami i dynamiczną rozgrywką tworzy bardzo solidną rodzinną układankę

7 /10
Ocena redakcji
serwisu GamesGuru

Wykonanie i wygląd

Krótka, dobrze napisana instrukcja

Satysfakcja, gdy spełniamy wymogi zwierząt

Dodatki zwiększające regrywalność (od razu dodane w pudełku)

Czasami trudno coś zaplanować

Losowość w doborze kafelków

Gorzej działa na 2 osoby

Łatwo zapomnieć o liczeniu rund

Odrobinę za mały worek na kafelki

Gier o układaniu kart bądź kafelków w odpowiednich układach dających nam punkty powstało mnóstwo. Gier o układaniu kart bądź kafelków zwierząt i roślin również powstało mnóstwo. Wreszcie gier, gdzie staramy się układać karty i kafelki, by dodatkowo najlepiej poradzić sobie z zadaniami, oczywiście również powstało całe mnóstwo. Czy więc w ogóle warto sięgać po Rezerwat?

Kolorowy lew

Odbębnijmy, co w recenzji odbębnić trzeba: okładka Rezerwatu jest CU-DO-WNA. Wyróżnia się na tle innych pudełek, aż chce się ją ustawić frontem na półce. Co więcej, osoby mające zdecydowanie za dużo miejsca na półce mogą postawić również otwarte pudełko, gdyż w środku nadrukowana jest ta sama grafika. Nie mam pojęcia, po co zdecydowano się na taki krok, ale nie marudźmy, bo wygląda to obłędnie.

Równie pięknie prezentuje się worek, z którego losować będziemy kafelki na obszar główny rozgrywki. Tu niestety pojawia się drobny zgrzyt. Kafelków jest dużo (to fajnie!), ale mieszanie ich w worku niesie z sobą ryzyko wypadnięcia kafelków (to niefajne!). Sam, by dobrze wymieszać kafelki, wysypuję je najpierw i mieszam na stole. Ot, mała niedogodność, ale warto o niej wspomnieć.

Zastrzyk endorfin

Nie dziwię się, że Uwe Rosenberg „pożyczył” sobie pomysł na punktowanie kafelków z Rezerwatu. Spełnianie ich wymagań jest zwyczajnie przyjemne. Podczas gdy w większości tego typu gier spełnimy co najwyżej kilka celów, tu, przy odpowiednim planowaniu, jesteśmy w stanie praktycznie spełniać zadanie w każdej turze. Dopamina goni dopaminę, gdy dokładamy na kafelki znaczniki potwierdzające dobrze wykonaną robotę. A gdy uda nam się dołożyć kafelek, który nie tylko spełni zadanie na innym kafelku, ale do tego sam automatycznie będzie miał spełniony swój warunek… BUM! Istna euforia.

Mój mniejszy entuzjazm wiąże się ze spełnianiem celów na koniec sezonu. Fajnie, że są, bez nich pewnie czegoś Rezerwatowi by brakowało, ale raz, że jest ich raptem piętnaście (w grze używamy sześciu naraz), a dwa, że niczym nie różnią się od celów w innych tego typu grach. Prawdziwy zgrzyt pojawia się w rozgrywkach dwuosobowych, gdzie, przynajmniej w moich rozgrywkach, zawsze jedna osoba wygrywała pierwszy cel, a druga drugi. Gracze muszą naprawdę mocno różnić się poziomem zaawansowania, by komuś udało się wygrać w obu celach, co w praktyce oznacza, że w grach dwuosobowych zadania te odgrywają marginalną rolę.

Ale że to już?

W Rezerwat będziemy grać przez trzy sezony. Postęp w grze śledzimy na tarczy rund dzierżonej przez pierwszego gracza. Od teraz jego zadaniem będzie pamiętanie, by przesuwać znacznik rund, co w praktyce okazuje się nie tak łatwe do zapamiętania. Może to moje gapiostwo, ale praktycznie w każdej partii dochodziło do momentu, w którym tak pochłonięty byłem rozgrywką, że zwyczajnie o tym zapominałem. Na szczęście dojście, która obecnie trwa runda, jest banalnie proste, gdyż wystarczy policzyć wyłożone kafelki, ale wolę jednak tradycyjny system, gdzie obowiązek śledzenia rund nie leży na jednym graczu.

Gdzie mnie tu tym Jeepem?

Gry kafelkowe z założenia nie śrubują poziomu trudności. W Rezerwacie nie jest inaczej. Nie skłamię, pisząc, że w swoim ruchu masz do wyboru raptem trzy kafelki sąsiadujące z twoim samochodem. Tak, trzy kafelki, a czasem nawet mniej, gdy zapędzisz się w kozi róg. Bywa to frustrujące, gdy zależy ci na wodnych kafelkach, a te jak na złość znajdują się po przeciwnej stronie obszaru gry i musisz zadowolić się czymś, czego zupełnie nie potrzebujesz. Ktoś mądry powie: trzeba było lepiej to zaplanować i wcześniej ustawić Jeepa w bardziej dogodnej pozycji. Cóż, i tak, i nie. O ile w grze dwuosobowej nie jest to tak odczuwalne, tak w większym składzie czasem trudno coś zaplanować, gdyż nim kolejka wróci do ciebie, sytuacja zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Znów jeden nazwie to losowością, drugi interakcją między graczami. Mi bliżej do drugiej opcji, chyba że akurat nie mam czego sensowego dobrać, wtedy Rezerwat okazuje się głupią, losową grą. 😉

Grę otrzymałem od wydawnictwa Nasza Księgarnia, co nie miało wpływu na treść recenzji i wystawioną ocenę.

Piotr Borlik

Polski pisarz, autor popularnych powieści kryminalnych, znany przede wszystkim z serii „Boska proporcja”. Urodził się w 1986 w Bydgoszczy. Absolwent Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy, z tytułem inżyniera. W trakcie studiów zaczął tworzyć pierwsze opowiadania, interesował się także grami logicznymi. Został mistrzem Holandii oraz laureatem trzeciego miejsca w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Najlepiej czuje się mieląc jedne surowce w drugie i ścigając się na torach. Tam, gdzie inni wytykają brak klimatu, on skupia się na temacie i spójnych z nim mechanikach. Bynajmniej nie oznacza to, że odmówi epickiej przygody, zwłaszcza gdy ma okazję poprowadzić sesję RPG.

Komentarze

guest
0 komentarzy
Najpierw najnowsze Najpierw najstarsze
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze