W czasach wielozadaniowości często nie docenia się wąskich specjalizacji. Idąc dalej, w czasach prześcigania się w wymyślaniu nietypowego tematu gry, który mógłby przyciągnąć graczy, mniej przychylnym okiem patrzy się na kolejny tytuł o produkowaniu czegoś, hodowli zwierząt i uprawianiu pól. Jedni nazwą Uwe Rosenberga nudziarzem, który nie potrafi wymyślić bardziej chwytliwego tematu, inni oddadzą mu szacunek, że robi to, w czym jest dobry. Jedno trzeba mu przyznać – jest konsekwentny, nawet jeśli nie zawsze to coś dobrego.
No to kręcimy
Nie ma co udawać, że Czarny las nie stoi kołami zasobów. Rozwiązanie zastosowane wcześniej w Szklanym szlaku dla większości będzie czymś nowym, zaskakującym i dającym dużo satysfakcji. Ten moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że jeśli zdobędziesz surowiec A, to automatycznie odpalisz produkcję i niechcący stracisz surowiec B, który planowałeś później zużyć, bywa frustrujący, ale równocześnie sprawia, że Czarny las jest jakiś. To serce gry. Bez niego zostaje najprostszy z możliwych worker placement, gdzie wysyłamy pracownika, ewentualnie opłacając koszt podróży, i odpalamy akcje z sąsiadujących z nim pól. Teoretycznie więc wszystko odbyło się zgodnie ze sztuką – użyć sprawdzone rozwiązanie, dodać coś oryginalnego od siebie, ale nie przekombinować z mechanikami, by nie otrzymać niegrywalnego potworka. Teoretycznie, bo tu i ówdzie coś zgrzyta.

No to budujemy
Jak już wspomniałem wcześniej, w Czarnym lesie będziemy m.in. stawiać budynki. To stały element gier – stajesz na odpowiednim polu, wydajesz surowce, bierzesz budynek z wystawki i kładziesz go na swojej planszetce. Również tradycyjnie mamy tu kilka rodzajów budynków: dające natychmiastową korzyść, stały bonus przy wykonaniu danej akcji lub punktowanie na koniec. Wszystko brzmi dobrze, dopóki nie siadasz przy stole i nie widzisz przed sobą wystawki z 36 małymi budynkami i kilkoma dużymi.
To jest moment, w którym gracz staje przed dylematem: olać budynki i później, gdy już będę miał trochę surowców, zobaczyć, co akurat mogę zbudować, lub ślęczeć nad wystawką i próbować ułożyć w głowie odpowiednią strategię. Budynki są łatwe do zrozumienia, ale jest ich zwyczajnie zbyt wiele, by dobrze przemyśleć swoje kroki, zwłaszcza że gra jest stołożerna i niektórzy gracze będą mieli słaby widok na wystawkę. Może komuś to nie przeszkadza, ale dla mnie jest to ogromny minus, który sprawia, że nie chce mi się więcej zasiadać do gry.

Produkujemy szkło
Pomimo fajnego wstępu w instrukcji opisującego funkcjonowanie Czarnego lasu, trudno nazwać tę grę klimatyczną. To nie zarzut, to stwierdzenie oczywistego faktu. Mimo to trzeba pochwalić autora za włożony trud, by ta gra była jednak o czymś. Mamy swoją posiadłość, podróżujemy od wioski do wioski, zatrudniamy rzemieślników, budujemy budynki (niestety), wykonujemy zlecenia, hodujemy zwierzęta, uprawiamy pola i rozwijamy naszą hutę. Fajnie, że musimy mieć na planszetce kafelek z lasem, by móc wykonać akcję drwala i zdobyć surowce. Fajnie, że instrukcja stara się wytłumaczyć dość dziwny zabieg przenoszenia huty na nową planszetkę (podobno średniowieczne huty szkła rzeczywiście przemieszczano z miejsca na miejsce, by mieć bliski kontakt z lasem i tym samym łatwiejszy dostęp do drewna).

Dysonans poznawczy
Czarny las jest pierwszą grą, której nie chcę oceniać liczbowo. Gdybym bowiem miał wystawić ocenę według rankingu BGG, byłoby to 4/10. Bynajmniej nie oznacza to, że gra jest tak słaba. Gdybym bowiem miał ocenić Czarny las, wyłączając moje osobiste preferencje, pewnie skończyłoby się na 8/10. Skąd taka różnica? Głównie ze względu na wspomniane wcześniej budynki. Zwyczajnie nie chce mi się poznawać 36 kafelków, analizować ich koszt i potencjalne korzyści. Przy większej liczbie graczy jest to praktycznie niewykonalne, chyba że wydrukuje się samodzielnie rozpiskę zamieszczoną na końcu instrukcji, ale wciąż gra nie będzie warta świeczki. To nie jest tak angażujący tytuł, by poświęcać budynkom aż tyle uwagi, a traktując je po macoszemu, czuję, że pomijam ważny aspekt gry.
Zapewne wielu osobom nie będzie to przeszkadzało, dla wielu może to nawet okazać się plusem, bo w każdej grze można pójść w inną strategię, ja jednak jestem zmęczony tego typu grami. Jeśli już najdzie mnie chęć na tytuł Uwe Rosenberga, to niech to będzie Le Havre, gdzie wprawdzie muszę karmić ludzi, ale przynajmniej na wystawce widzę trzy budynki możliwe to postawienia.

Grę otrzymałem od wydawnictwa Rebel, co nie miało wpływu na treść recenzji i wystawioną ocenę.




