Nasza bandera znaczy śmierć – 5 powodów popularności serialu HBO Max

Jest jeden tytuł, który wyróżnia się spośród streamingowych hitów ostatnich miesięcy. Nasza bandera znaczy śmierć (ang. Our Flag Means Death) od HBO Max nieoczekiwanie stała się ogólnoświatowym fenomenem. Skąd ten wiatr w żaglach komediowego serialu o queerowych piratach? Uwaga, będą spoilery!

24 czerwca 2022

Składający się z dziesięciu odcinków serial Our Flag Means Death miał swoją premierę 3 marca na HBO Max i zakończył się 24 marca, a od tamtej pory przez siedem tygodni znajdował się na szczycie listy najpopularniejszych nowych seriali na serwisach streamingowych. Przez cały ten okres nie prześcignął go nawet Moon Knight od Disney+. Dopiero niedawno Nasza bandera znaczy śmierć musiała ustąpić Star Trekowi: Strange New Worlds… którego ponownie prześcignęła już tydzień później! Przez jakiś czas utrzymywała się wysoko nawet w porównaniu do kontynuowanych produkcji, przegrywając jedynie ze Stranger Things.

Nie jest to jednak zasługa HBO Max, bo platforma nie zapewniła serialowi intensywnej promocji. Różnicę łatwo było zauważyć w porównaniu do innej queerowej produkcji, która miała premierę u konkurencji w podobnym okresie – Heartstopper od Netflixa był prężnie reklamowany, często pojawiał się na stronie głównej i w rekomendacjach serwisu. Szybko został też oficjalnie przedłużony na dwa kolejne sezony, podczas gdy HBO Max milczało na temat Naszej bandery…, a hasztag #RenewOurFlagMeansDeath hulał w mediach społecznościowych. Co zatem napędzało (i napędza) maszynę marketingową, jeśli nie platforma streamingowa, w interesie której byłaby popularność serialu? Za czym kryje się ogromny sukces OFMD?

1. Piraci!

Kowboje, (zwykle) wampiry, rycerze (także w odległej galaktyce), samuraje… i, oczywiście, piraci. Publiczność uwielbia bohaterów należących do charakterystycznych grup oraz wyrazistą i łatwo rozpoznawalną stylistykę. Lubimy statki, lunety, łopoczące na wietrze bandery i morskie bitwy. Bardziej tradycyjna wersja? Świetnie. Reinterpretacja? Jeszcze lepiej! Inspirując się realiami Złotego Wieku Piratów, twórcy OFMD postawili na znaczną swobodę, ale najważniejsze założenia konwencji zdecydowanie są spełnione. Jest sławny Edward Teach, są Calico Jack i Israel Hands, jest też rzadziej widywany w tekstach kultury Stede Bonnet. Z historycznymi pierwowzorami bohaterów serialu łączy jednak niewiele więcej niż imię i, co najważniejsze, profesja. Nasza bandera znaczy śmierć jest więc tylko (lub aż) kolejną wariacją na znany i lubiany temat. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Każda wersja pirackiego zestawu kostiumów, scenografii, rekwizytów i postaci – inspirowanych rzeczywistością bądź całkowicie fikcyjnych – zwykle z powodzeniem skradnie serca widzów.

2. Gdzie ten realizm?

Oglądając Naszą banderę… możemy zawiesić niewiarę i nie przejmować się umownością czasu i przestrzeni. Morze w OFMD rządzi się swoimi prawami – na wielkim oceanie postaci magicznie znajdują się zawsze i wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ciekawego. Załoga rzadko zajmuje się faktycznym żeglowaniem, podróże trwają chwilę, a szczegółów nikt nie tłumaczy. Jednak łatwo wybaczyć dziury w fabule, jeśli zakłada je koncepcja.

Nieprzypadkowo Zemsta, statek Stede’a Bonneta, nie wygląda na zdatną do prawdziwej żeglugi, a jej pokład przypomina bardziej scenę teatralną. W rozmowie z Variety scenograf Ra Vincent podkreślał, że przestrzeń w OFMD jest celowo symboliczna, służy rozwojowi fabuły oraz bohaterów. Jak zauważa projektant, widz w trakcie oglądania serialu będzie zastanawiał się: „Czy to przedstawienie? Czy jesteśmy na morzu?”. Wrażenie potęgują tła generowane na ogromnych panelach LEDowych, które zamieniały studio w otwarty ocean. Wcale nie oznacza to jednak, że przygotowanie scenografii w Naszej banderze… było proste. Projekty musiały uwzględniać możliwość swobodnej pracy ekipy filmowej, a efekty okazują się imponujące. Zdjęcia Zemsty z planu najlepiej ukazują, że funkcjonalność i dostosowanie otoczenia do fabularnych potrzeb dzieła jest ważniejsze, niż zgodność z rzeczywistością. 

Zemsta, statek Stede'a Bonneta, w studio filmowym
Źródło: Alex Sherman/Twitter

Swobodne podejście do realizmu i faktów historycznych sprawia, że w OFMD zauważamy też interesujące wybory dotyczące kostiumów. Garderoba Stede’a Bonneta najbardziej przypomina stroje z epoki, jednak już reszta piratów nosi się bardziej nowocześnie, a przede wszystkim bardzo niepraktycznie. Trzeba jednak przyznać, że ubrany od stóp do głów w czarną skórę Taika Waititi w roli Eda wygląda wspaniale, nawet jeśli w tropikalnym klimacie i na otwartym morzu podobny outfit nie miałby większego sensu. Nie szkodzi. Nasza bandera… nie ma być realistyczna. W OFMD, podobnie jak w teatrze, to decyzja widza czyni świat przedstawiony wiarygodnym.

3. Taika Waititi i nie tylko

Tuż przed premierą nowego Thora: Miłość i grom Taika Waititi wznosi się na fali ogromnej popularności. Ostatnio trafił nawet na listę stu najbardziej wpływowych osób magazynu „Time”! Twórca m. in. świetnego Jojo Rabbit, w którym – będąc maoryskim Żydem – zagrał też Hitlera, innowator i szalony geniusz lśni w jednej z głównych ról w OFMD. Reżyser pilotażowego odcinka, producent wykonawczy oraz serialowy Blackbeard jest z pewnością jednym z głównych powodów, dla których Nasza bandera… zyskała zainteresowanie po premierze. Jednak nawet jeśli nazwisko Waititiego początkowo przyciągnęło widzów, to zostali oni dla efektów pracy całej obsady i ekipy. Wśród ludzi zaangażowanych w projekt znajduje się bowiem mnóstwo osób, którym warto poświęcić więcej uwagi.

Taika Waititi podczas reżyserowania pilotażowego odcinka Our Flag Means Death
Źródło: Our Flag Means Death/Twitter

David Jenkins, twórca i showrunner OFMD, wraz z grupą scenarzystów pracujących nad serialem napisali historię, która zdobyła serca fanów. W wywiadzie dla Gizmodo konsultantka muzyczna w serialu, Maggie Phillips, zdradza szczegóły dotyczące sztuki doboru odpowiednich utworów. Co prawda wykorzystanie The Chain zespołu Fleetwood Mac w ósmym odcinku od początku było decyzją Jenkinsa, ale to dzięki Phillips otrzymaliśmy chociażby łopoczącą na wietrze banderę Czarnobrodego do Dies Irae Verdiego w epizodzie drugim. Wspomniany już projektant scenografii Ra Vincent i Taika Waititi w rozmowie z serii The Process dla Deadline opowiadają o swojej wieloletniej współpracy, która rozpoczęła się od filmu Co robimy w ukryciu i której efektem jest ich najnowszy projekt, czyli właśnie Our Flag Means Death.

Z kolei nowozelandzki aktor i komik Rhys Darby wspaniale sprawdził się w wymagającej głównej roli. Pirat dżentelmen Stede Bonnet w jego wykonaniu jest jednocześnie zabawny i wrażliwy, a w bardziej emocjonalnych scenach okazuje się, że Darby ma talent nie tylko do komedii. Serial wiele zyskuje też dzięki wyrazistym postaciom drugoplanowym i zróżnicowanej obsadzie.

Wkład twórców w sukces OFMD nie kończy się jednak na samym dziele. Nieocenione jest również ich zaangażowanie i aktywność w mediach społecznościowych. Vico Ortiz (Jim) cieszy się popularnością na TikToku, na Twitterze Con O’Neill (Izzy Hands) chętnie retweetuje (także tę bardziej sugestywną) twórczość fanów, a Samba Schutte (Roach) dzieli się każdą wersją ciasta pomarańczowego, z którego znana jest jego serialowa postać. Jeden ze scenarzystów, Alex Sherman, udostępnia wiele materiałów i opowieści z planu zdjęciowego. Jedno jest oczywiste. Zarówno obsada, jak i ekipa Naszej bandery… doskonale wie, jak zadbać o fanów i utrzymać ich zainteresowanie.

Stede, Ed, Calico Jack i załoga Zemsty w Our Flag Means Death
Źródło: Aaron Epstein/HBO Max/WarnerMedia

 4. Więcej komedii romantycznych!

Piraci może nigdy nie znudzą się publiczności, ale powtarzalne historie – już tak. Queerowe dramaty zdążyły się zestarzeć. Tragiczne historie miłosne, w których jedna z głównych postaci (albo nawet obie) umiera, są zwyczajnie rozczarowujące, przepadają w ogromie niewiele różniących się od siebie filmów i seriali. Opowieści o dorastaniu też znamy już aż za dobrze. Netflixowy Heartstopper miał premierę wkrótce po OFMD i zyskał zainteresowanie widzów, ale z dwóch produkcji to Nasza bandera znaczy śmierć okazała się dużo większym sukcesem. 

Wnioski nasuwają się same. OFMD dostarczyło po prostu historię, której chciała publiczność. Widzowie czekali na queerową komedię romantyczną z odpowiednią dawką dramatu, która opowie o bohaterach na dalszym etapie życia i dostali ją w pirackim anturażu. W Naszej banderze… trudno doszukać się tragedii, która przytłacza. Ostatecznie, nawet jeśli nie otrzymaliśmy jeszcze happy endingu, to końcówka pierwszego sezonu napawa przecież nadzieją. Na przestrzeni dziesięciu odcinków lekka forma wciąż dominuje, a zabawne dialogi, absurd i wyśmiewanie popkulturowego wizerunku piratów sprawiają, że serial nie męczy emocjonalnie. Na komedie romantyczne o wątkach LGBT+ jest zwyczajnie ogromny popyt. OFMD to tylko kropla w morzu potrzeb, ale twórcy idealnie wstrzelili się w niszę, która najwyraźniej… wcale nie jest już niszą. Sygnał jest jasny: publiczność chce więcej queerowych komedii, więcej opowieści o dojrzałych ludziach, więcej szczęśliwych i spełnionych historii miłosnych.

Rhys Darby jako Stede Bonnet i Taika Waititi jako Ed Teach, przebrani za siebie nawzajem w serialu Our Flag Means Death
Źródło: Our Flag Means Death/Twitter

5. Reprezentacja

Za co jeszcze ludzie pokochali OFMD? Otóż właśnie za miłość. Po pierwsze, za relację Stede’a i Eda. Teraz potencjalny widz bez problemu może sprawdzić, czego spodziewać się po serialu, ale gdy na HBO Max dopiero pojawiały się kolejne odcinki, nietrudno było zwątpić w kierunek, w którym podążała fabuła. A jednak uczucie rodzące się między głównymi bohaterami serialu w końcu okazało się jednoznacznie romantyczne. Stede Bonnet i Edward Teach, sławny Czarnobrody! Bezsprzecznie, niepodważalnie w sobie zakochani! Przyzwyczajonej do queerbaitingu publiczności trudno było uwierzyć, że twórcy Our Flag Means Death zdecydowali się wprost przedstawić historię miłosną między dwoma piratami. I w dodatku żaden z nich nie zginął! Wręcz przeciwnie, otwarte zakończenie daje nadzieję na kolejną szansę dla bohaterów, a ostatni odcinek pierwszego sezonu pokazuje tylko, że to nie koniec opowieści. Kolejne rozdziały nadejdą, a teraz widzowie mają też więcej zaufania. Wiedzą, że na autorów OFMD, na ich bezkompromisowość i odwagę, po prostu można liczyć.

Rhys Darby jako Stede i Taika Waititi jako Edward w Our Flag Means Death
Źródło: Our Flag Means Death/Twitter

A po drugie? Za miłość scenarzystów i obsady do postaci. To dzięki niej tożsamość – etniczna, płciowa, seksualna – bohaterów w Naszej banderze… jest naturalnie wpisana w fabułę serialu. Zadowolenie publiczności z różnorodnej queerowej reprezentacji w OFMD nie jest spowodowane jedynie faktem, że jest jej po prostu dużo. Tak, twórcy bez wątpienia zdecydowali się w tej kwestii na ilość. Czemu nie, jeśli mają na to dobry pomysł? Przede wszystkim jednak postawili na jakość i rzetelność, bo różnorodność bohaterów w serialu nie opiera się tylko na ich tożsamości. Postaci zarówno pierwszego, jak i drugiego planu mają własne charaktery, wątki, motywacje oraz przeszłość, która ich ukształtowała, a płeć, pochodzenie czy orientacja są spójnymi elementami całości.

W czasach, w których luksusy przysługiwały tylko białym arystokratom, Ed pragnie doświadczyć wygodnego życia, jednocześnie zmagając się ze swoim wizerunkiem bezwzględnego mordercy, legendy wśród piratów. Jim jest osobą niebinarną latynoskiego pochodzenia, do tego wychowaną przez zakonnice. Wiemy też, że poszukuje zemsty, świetnie (i chętnie) posługuje się nożami, a nieczułym, chłodnym człowiekiem okazuje się jedynie z pozoru. Frenchie był sługą, teraz zaś potrafi sprytnie wykorzystać wiedzę i doświadczenie z przeszłości do swoich celów. Do tego gra na lutni, śpiewa i wierzy, że koty są wcieleniem zła! Gdy przyglądamy się postaciom w OFMD, widzimy wyraźnie, że zostały one napisane z należytą starannością. Scenarzyści i obsada pokochali je najpierw i to właśnie dlatego bohaterowie z taką łatwością skradli potem serca publiczności.

Vico Ortiz jako Jim oraz Samson Kayo jako Oluwande w Our Flag Means Death
Źródło: Our Flag Means Death/Twitter

Our Flag Means Death może nie jest dla wszystkich. Nie musi być! Wraz z premierą serialu okazało się, że serial dla – mogłoby się wydawać – stosunkowo wąskiej docelowej grupy odbiorców i tak osiągnął sukces, jakiego najwyraźniej nie spodziewało się nawet HBO Max. Bo jeśli już zastanawiamy się nad przyczynami fenomenu OFMD, to czy naprawdę jest się czemu dziwić? Twórcy zadbali, by dostarczyć publiczności dobry produkt. Zadziałała magia ogólnoświatowych serwisów streamingowych, ogromny popyt nareszcie spotkał się z podażą. Przedłużenie serialu wydawało się jedyną rozsądną decyzją ze strony HBO Max, jednak platforma z uporem maniaka dokonywała marketingowego autosabotażu. Wiatr zmian nadszedł dopiero wraz rozpoczęciem czerwca, czyli Miesiąca Dumy. Na Twitterze pojawiły się enigmatyczne zapowiedzi, a wkrótce po nich – oficjalna informacja. Our Flag Means Death otrzyma drugi sezon.

UWaga! Gorące informacje!