Film Straceni chłopcy (1987) – filmowy klasyk na lata // Krew na taśmie

Jaki był wasz ulubiony aktor dzieciństwa? Fred Savage z „Cudownych lat”? Może „Doogie Howser, M.D.” sprawił, że Neil Patrick Harris stał się gwiazdą, która pomagała wam przetrwać odcinki późniejszego sitcomu „Jak poznałem waszą matkę”? A może Mateusz Damięcki, grając w „WOW” czy „Łowcach, ostatnim starciu”, wywarł na was niezapomniane wrażenie?

16 listopada 2020

Ten ostatni na mnie zdecydowanie, na zawsze Mati ma u mnie drugie miejsce jako aktor młodego pokolenia mojego dzieciństwa. Pierwsze oczywiście należy do niekwestionowanego króla Coreya Feldmana, a jednym z najlepszych filmów z tym aktorem są właśnie „Straceni chłopcy”, którego seansu na VHS nie mogę odmówić sobie przynajmniej raz w roku od wczesnych lat ’90.

Dwóch nastoletnich braci po rozwodzie rodziców przeprowadza się wraz z matką do malowniczej, nadmorskiej miejscowości Santa Carla, aby zamieszkać z ekscentrycznym dziadkiem. Jak się okazuje, dziadek używający płynu do naczyń jako wody kolońskiej i obdarowujący rodzinę i znajomych wypchanymi przez siebie zwierzętami, nie jest wcale największym dziwakiem w miejscowości słynącej podobno z największej ilości morderstw w Stanach Zjednoczonych. Miasteczko terroryzowane jest przez gang młodocianych motocyklistów, którzy sprawiają wiele kłopotów, mimo to wydają się dziwnie grzecznie opuszczać miejsca, do których nie są zaproszeni przez właściciela. Bardzo szybko wychodzi na jaw, że powodem takiego zachowania jest stara zasada, która głosi, że wampir nie może zostać w miejscu, do którego nie został zaproszony. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby odwdzięczyć się potem właścicielowi za brak zaproszenia kolacją urządzoną na neutralnym gruncie, złożoną właśnie z jego posoki.

Jako że starszy z braci Emmerson, Michael (Jason Patrick), ma gorącą krew, szybko wpada mu w oko miejscowa piękność o imieniu Star. Dziewczyna jednak blisko trzyma się z krwiopijczym gangiem, a zwłaszcza jego charyzmatycznym i przebiegłym przywódcą Davidem (Kiefer Sutherland). Zamiast pozbyć się konkurenta, robiąc sobie z niego przekąskę, David postanawia wciągnąć go do gangu, oczywiście sposobem, i po intensywnej nocy Michael, budząc się następnego ranka, bierze wszystko za szalony sen. Kiedy chłopak coraz bardziej opada z sił, jego oczy stają się wrażliwe na najmniejszą ilość słonecznego światła, a jego brat wydaje się być apetyczniejszym kąskiem niż przygotowywana kanapka, zaczyna odkrywać, że to nie był sen, a zmiany, które zachodzą w jego ciele, to coś więcej niż grypa. Na szczęście młodszy z braci, Sam, wcześniej poznał miejscowych łowców wampirów – wyszkolony duet gotowy na wszystko i wyposażony w pistolety na wodę święconą, naszyjnik z czosnku i krucyfiksy wskakuje na swoje BMX-y i rusza na pomoc rodzeństwu Emmerson. Jednym z tych nieustraszonych łowców jest oczywiście Corey Feldman.

Film jest horrorem z elementami komedii, spokojnie więc można go uznać za kino dla nastolatków, choć tych przynajmniej po 16. roku życia. Nieporadne próby zdemaskowania szefa bandy wampirów przez dosypanie podejrzanemu czosnku zamiast parmezanu do spaghetti czy zalanie spodni wodą święconą przy obiedzie mogą kojarzyć się z komediami z kina popołudniowego, dla kontrastu film częstuje nas potem sceną z rozpuszczaniem wampira w wannie pełnej zupy z czosnku i wody święconej. Akcja filmu prze do przodu i elementy ekspozycji zajmują tu wymagane minimum, praktycznie od pierwszego kontaktu z gangiem wampirów tempo nie opada, a doskonały soundtrack powoduje, że przygody nastolatków w walce z wampirami ogląda się z zapartym tchem do samego końca, a niektóre teksty pozostaną w pamięci na długo.

To wszystko powoduje, że „Straceni chłopcy” to kultowy klasyk z epoki VHS i nie wyobrażam sobie, aby fan horroru z tej ery nie miał styczności z tym filmem, jeśli jednak tak jest, warto się nie przyznawać i jak najszybciej nadrobić zaległości. I na tym poprzestać, gdyż „Straceni chłopcy” jak wiele innych tytułów, które dorobiły się kultowego statusu, otrzymali jeszcze dwa sequele: jeden w 2008 i drugi w 2010 roku. Oba równie nie warte obejrzenia mimo obecności Feldmana.

Michał Chyła

Fanatyk soulsike i platynowania gier. Uwielbia retro konsole i gry oraz horrory z VHS. Zrecenzuje wszystko co mu w ręce wpadnie. Relaksuje się najbardziej przez wbijanie expa. Przed śmiercią chciałby zagrać w każdą grę, jaka wyszła.
UWaga! Gorące informacje!