fbpx

Codzienna dawka planszówkowych nowin!

Wracaj do nas regularnie i bądź na bieżąco!

Recenzja Brass: Lancashire – cytując klasyka

11 czerwca 2024,
00:09
Daniel Brzost

BrassBrass nigdy się nie zmienia. Odmienne ma oblicza, diabelnie różniące się w szczegółach. Tym razem przyglądamy się temu, co mówi z akcentem Lancashire.

Prawdziwy klasyk klasycznego gatunku gier ekonomicznych. Kamień węgielny gmachu zasłużonej sławy Martina Wallace’a, dzięki któremu osiągnął mistrzostwo designu w Birmingham. Brass Lancashire to pierwszy z wielkich Brassów.

9.5 /10
Ocena redakcji
serwisu GamesGuru

Genialny system określania pierwszeństwa

Fantastyczna mechanika zagrywania kart

Interakcja na ciasnej planszy

Ekosystem wzajemnych powiązań

Rynek węgla i żelaza

Bezcenne, epickie tury

Epokowe wtopy

Elegancja zasad

Płynność rozgrywki

Dobra na dwóch graczy

Niższy próg wejścia niż Birmingham

Nie jest Brassem Birmingham

Zamorski rynek zbytu bawełny

 

O Brassach napisano i powiedziano już pewnie wszystko, co tylko było w ludzkiej mocy.
Taka sytuacja bardzo ułatwia robotę recenzentowi. Nie muszę tłumaczyć, że koń jaki jest, każdy widzi. Brass to Brass.
Mogę sobie popłynąć jak bele bawełnianej tkaniny prosto z portu.

Brass genesis

Martin Wallace wcale nie miał zamiaru zrobić Brassa. Był całkiem zadowolony z dotychczasowego systemu wydawania planszówki rocznie o jakimś historycznym konflikcie. Jeden z playtesterów zaproponował, żeby tym razem zrobić grę ekonomiczną w ramach odskoczni od rutyny. Decyzja zapadła, zaś zegar zaczął odmierzać czas.

Jako designer Wallace kierował się dwiema zasadami. Twórz w temacie, na którym się znasz i nie mnóż zasad ponad miarę. Dla historyka z Manchesteru, który zamierzał wyrobić się w rok z grą o początkach rewolucji przemysłowej w Anglii, taki właśnie temat gwarantował spełnienie obu wytycznych.
Tak Brass narodził się po raz pierwszy.

Dwa Brassy w cenie jednego

Pierwszy Brass sprzedał się w zakładanej licznie plus minus trzech tysięcy egzemplarzy, co pozwoliło autorowi zająć się w spokoju innymi projektami.
Pewnego dnia do jego drzwi zapukali nikomu nieznani Kanadyjczycy z Roxley Games i bardzo uprzejmie zapytali pana Martina, czy nie zechciałby zarobić kroci na reprincie jego nudnej acz popularnej gry. Wallace odparł, że ma lepszą wersję Brassa rodem z Birmingham, na którą mogliby rzucić okiem. Dżentelmeni z krainy syropem klonowym płynącej oświadczyli, iż to coś wymaga jeszcze sporo pracy, aby mogło uchodzić za grę. W przebłysku natchnionego, biznesowego geniuszu zdecydowali się wydać obie wersje Brassa. Lancashire i Birmingham ciałem się stały.

Powstanie dwóch wersji Brassa zaowocowało straszliwymi konsekwencjami dla całego hobby. Otwarły się bramy piekieł, przez które Pfister pędzi całe stada kolejnych klonów Great Western Trail. Co chwila stare hity zmartwychwstają w zremasterowanych wcieleniach. A zaczęło się tak niewinnie.

Szpetne oblicze industrializacji

Nie będę owijał w bawełnę. Brass: Lancashire wygląda jak siedem nieszczęść.
Plansza jest nudniejsza od posiedzenia Izby Lordów. Żetony są mdłe niczym przemowa brytyjskiej królowej. Nic się tam nie dzieje.
Na szczęście Brass: Birmingham jest jeszcze brzydszy. Z litości zrobili mu nocną stronę planszy, na której mniej widać jego szpetotę.
Do Brassa nie siadasz dla jego urody. Robisz to dla żelaza, węgla, bawełny i pożyczek.

Proste jak przekręt na mosiądzu

Z Brassem zapoznałem się będąc graczem jako tako obeznajomionym z Wsiąść do Pociągu. Lubiło się u nas gry o robieniu połączeń kolejowych kartami, więc wtedy Birmingham, który pojawił się u mnie pierwszy, jawił się jako właściwy krok w ewolucji gracza. To było jak przesiadka z podmiejskiego w express premium. Inny świat.

Brass: Lancashire to gra niewielu zasad. Czuć, że to dziecko minionej epoki. Najlepszy komplement z możliwych w tych czasach.

Na tle wydawanych obecnie euro behemotów Lancashire jest wprost ascetyczny, jeśli chodzi o mechaniki. Wiesz, co masz zrobić z kartami, żeby osiągnąć pożądane rezultaty, musisz tylko wykombinować sposób, w jaki to zrobić.

Jak kostki domina

Brass: Lancashire tworzy bardzo zgrabny ekosystem, w którym poczynania graczy mają logiczne następstwa i nieuniknione konsekwencje dla rywali. Na ciasnej mapie sieć połączeń należąca do różnych właścicieli tworzy krwiobieg organizmu wiecznie głodnego dostaw węgla. Kopalnie i huty miedzi stawia się wtedy, kiedy od ręki da się sprzedać cały ich urobek.

Można zrobić komuś przysługę korzystając z jego portu przy sprzedaży bawełny, lub opróżniając jego kopalnię z węgla, a hutę z żelaza. Da się odnieść obopólne korzyści dzięki niechętnej współpracy. Ale często z satysfakcją blokujesz frajerowi możliwość budowy połączenia, bo taka już jest ludzka natura.

Chwilówka od Wallace’a

Pierwszy milion zarabia się za pożyczone.
W Brass: Lancashire jedziesz na kredycie, który mocno obniża pozycję znacznika na torze dochodu, dlatego szybko uczysz się prawdziwej wartości słowa „timing”.

Priorytetem są punkty zwycięstwa. Pieniądze to tylko środek do osiągnięcia celu. Wysoki, stabilny dochód wypracowany dzięki kopalniom i niskopoziomowych przedsiębiorstwom pozwala na pewien komfort psychiczny, gdyż zdejmuje z barków ciężar balansowania na krawędzi bankructwa, lecz Lancashire jest przede wszystkim apoteozą sytuacyjnego oportunizmu.
Można wiele osiągnąć, żyjąc z tury na turę, mając akcje wyliczone co do funta, zarabiając tylko tyle, aby z kolejną pożyczką ledwie utrzymać się na powierzchni.

Żyć korzystną chwilą

Brass to stan umysłu. Zaczynasz czytać stan gry jak wykresy prognoz giełdowych. Jeżeli widzisz, że ktoś musi przeskoczyć w rozwoju słabe budynki, zadbasz, żeby płacił za tę akcję twoim żelazem. Kiedy w erze kolei węgiel schodzi jak ciepłe bułeczki, niech będą one z twojej kopalni. Choć to zdanie zabrzmi jak komunał z motywującej pogadanki, to dywersyfikacja w Lancashire jest kluczem do sukcesu. Chyba, że dochodzi do bójki na noże w budce telefonicznej.

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci obrywa

Najlepsza okazja to taka, w której możesz komuś zaszkodzić. Kiedy do stoczni wiedzie jedyna linia kolejowa, warto wskoczyć do miasta na początku trasy i uparcie nie budować połączenia z wybrzeżem. Taki szkutnik ogrodnika. Wiem, że chciałbyś zbudować stocznię wartą pierdyliard punktów, ale węgla tam sobie nie dowieziesz.

Strategiczne odcinanie możliwości budowy przez chamskie wpychanie się przed innych jest częścią brassowego savoir vivre. Stawianie swoich połączeń tak, żeby zmuszać rywali do objazdu po słabiej punktującej trasie to przejaw wysokiej kultury. Przejęcie jedynej dostępnej rywalowi miejscówki dla jego cennego przedsiębiorstwa wyraża najwyższą troskę o bliźniego.

Od dostępności oraz cen węgla i żelaza bardzo wiele zależy. Kiedy nagle trzeba wysupłać po funcie ekstra za kostkę surowca, to z planu wzniesienia przedsiębiorstwa w tej turze nici. A za moment ktoś skorzysta na twojej niedoli, bo postawi sobie żetonik właśnie ten rodzaj zasobu produkujący, na którym od razu zarobi i zapunktuje.
W biznesie Lancashire style nie ma miejsca na sentymenty.

Para w ruch

Najlepiej uczyć się Brassa w potyczkach jeden na jednego. W naturalny sposób można skupić się na różnych rejonach mapy oraz aspektach rozgrywki. Jest szansa na przetestowanie skuteczności łańcuszka produkcyjno handlowego. Można utrzymać wredność gry na serdecznym poziomie oko za oko.

Lancashire z szacunku dla fanów oficjalnie  zawiera nieoficjalny tryb dwuosobowy na dedykowanej mu stronie planszy. Czy trzeba lepszego dowodu na to, że ten Brass jest grą dla par?

Stawianie pierwszych kroków w Lancashire w składzie czteroosobowym jest jak żonglowanie piraniami w basenie pełnym rekinów. Już nigdy na palcach nie policzysz.

Brass: Lancashire błyszczy na czterech bezwzględnych przedsiębiorców. Z połączeń kanałowych i kolejowych da radę wtedy wyciągnąć absurdalne ilości punktów. Węgiel i żelazo stają się zasobami strategicznymi cenniejszymi od złota, kiedy w milczącej zmowie ich ceny windowane są z czystą premedytacją. Dostępne miejsca na porty kurczą się tak drastycznie, jakby wysychały oceany. Dla przegrywów, co nie ogarnęli portu, pozostaje liche koło ratunkowe w postaci zamorskiego rynku bawełny. Kasę liczy się na cztery karty do przodu i przelicza ponownie po każdym zagraniu. Można się potknąć o funta i na zawsze pożegnać z planem A.
Na trzech jest podobnie, lecz z większą szansą, że jakoś przetrwasz.

Dwie epoki na jednej planszy

Podział gry na dwie ery stymuluje rozgrywkę w perwersyjny, wręcz intrygujący sposób. Wymusza strategiczne podejście podczas inwestowania w nieruchomości. Od przedsiębiorstw, które przetrwają burzliwe wejście w czasy kolei, będzie można wytyczać nowe szlaki. Zgromadzenie sporego kapitału pozwala wejść w drugą fazę gry z przytupem.

Budynki epoki kanałowej przepadną wraz z jej zakończeniem razem z siecią transportowych barek. Cena postępu. Jednak jest to dobry sposób na szybki zarobek. Za to inwestowanie w rozwój i wyłożenie na planszę nowocześniejszych przedsiębiorstw pozwala im zapunktować podwójnie, jeśli zostaną w porę „przekręcone”. Kasa i punkty, punkty bez kasy, kasa dla punktów na później. Są różne strategie.

Pan tu nie stawiał!

Brassowi na drugie dali na chrzcie Interakcja. Jakbyś nie grał, obojętnie, w jakim składzie, musisz komuś nadepnąć na odcisk. To jest gra projektowana dla full kontaktu. Przez ograniczenie dostępnej kartami przestrzeni zachowuje ten buńczuczny charakter nawet w rozgrywce dwuosobowej.

Nie da się nie uwzględnić w swoich niecnych planach knowań rywali. Warto patrzeć nawet na to, ile kto wydał pieniędzy w rundzie, bo to determinuje kolejność graczy. Genialny system wyznaczania porządku gry pozwala sobie tak ustawić turę, żeby będąc ostatnim w tej, zostać pierwszym graczem w następnej i zrobić cztery akcje pod rząd.

W planowaniu swoich zagrań zawsze bierze się pod uwagę, co kto może, czego nie da rady, lub musi zrobić w swojej turze. Jedyną niewiadomą jest to, jakie ma karty na ręku, lecz zazwyczaj najbezpieczniej zakładać najgorszy dla siebie scenariusz rozwoju zdarzeń.

Poza końcówką, kiedy liczy się i liczy, sprawdza i przelicza raz jeszcze, rozgrywka w Lancashire przebiega płynnie. Każdy ma proste akcję do wykonania. Każdy chce zarobić. Każdy chce urwać jak najwięcej punktów twoim kosztem.

Brass Brassowi nierówny

Brass: Birmingham jest lepszy. Po prostu.
Ma piwo, więcej przedsiębiorstw, dżokery, randomizowany setup kupców. Jest tym Brassem uszlachetnionym.
To nie znaczy, że Lancashire nie ma zalet.

Ten mniej hołubiony Brass jest prostszy i płynniejszy w graniu, co bardzo pomaga złapać bakcyla. Znakomicie sprawdza się na dwóch graczy. Jest przedstawicielem wymierającego gatunku szlachetnych gier euro niebojących się negatywnej interakcji. Chodzi jak szwajcarski zegarek bezwzględnego przemysłowca. Jest dzieckiem planszowego geniuszu.

Nie widzę powodów, żeby nie mieć dwóch Brassów w kolekcji. Lancashire dla bardziej każualowego grania i Birmingham, kiedy chce się komuś zaimponować. Wypada mieć buty do tańca i do kościoła.

Proszę mi dopisać do rachunku

Brass: Lancashire jest klasykiem. To gra, którą posiada się z dumą. O mały włos, a można byłoby się szczycić, że ma się ją na półce. Gdyby tylko nie było BirminghamTak, zaletą Lancashire jest to, że dzięki niemu powstała gra jeszcze doskonalsza.

Jeśli komuś mało i chciałby przeprowadzić rewolucję nuklearną w energetyce, może sięgnąć po Nucleum. Kto lubi wysyłać coś za morze, ten może zająć się hodowlą owiec w Great Western Trail: Nowa Zelandia. Zaś pociągi dla całej familii to Wsiąść do Pociągu: Legendy Zachodu.

Panegiryk na cześć Brassa wyprodukowano przy industrialnej współpracy barterowej z Wydawnictwem Rebel.

Daniel Brzost

Na codzień dzielny mąż i dumny ojciec dwóch giermków. Z planszówkami za pan brat od nie-pamięta-kiedy-ale-prawdopodobnie-tuż-przed-wyginięciem-dinozaurów. Gdy nie gra w planszówki, spędza czas przy ulubionej książce. Oczywiście nie jego, bo ktoś musi czytać dzieciom. Planszówki są dla niego jak fasolki z Harry’ego Pottera. Grunt, aby nie otrzymać do ręki tej, której jeść nie chce nikt.

Komentarze

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze