Film Zniszczenie mózgu (1988) – pasożyt we współpracy z nosicielem // Krew na taśmie

Jeśli spodobał się wam opisywany w tym cyklu „Wiklinowy koszyk”, to na pewno do gustu przypadnie też kolejny film Franka Henenlottera, wypuszczony na rynek w 1988 roku horror-komedia pod rozkosznym tytułem „Zniszczenie mózgu”.

30 sierpnia 2020

Brian jest młodym, wysportowanym mężczyzną, który odczuwa, że jego życie mogłoby być lepsze, ale nie ma pomysłu na zmianę. Pewnego dnia do łazienki chłopaka zakrada się zwierzątko, które uciekło sąsiadom – starszemu małżeństwu niewidzącemu życia poza zwierzakiem. Mimo tego, że sąsiedzi intensywnie szukają pupilka, Brian postanawia zachować zwierzątko dla siebie, ponieważ czuje, iż przyjaźń z Aylmerem może wypełnić pustkę, jaką odczuwa. I nic w tym dziwnego, ponieważ Aylmer nie jest małym kotkiem ani zbłąkanym psiakiem, to przypominający kackupę lub przerośniętego plemnika stwór potrafiący pocieszyć swojego pana wstrzykiwanym prosto do mózgu błękitnym płynem o działaniu nieznanego, bardzo silnego narkotyku.

Nie ma jednak nic za darmo, jako że kosmiczny balasek potrafi mówić, szybko dochodzą z Brianem do porozumienia: Aylmer obdarowuje partnera powodującym euforyczne halucynacje płynem, a Brian będzie zapewniał mu pożywienie. Ale stworka interesuje tylko jedno danie: ludzkie mózgi.

Historia symbiozy tych dwóch jegomościów jest bardzo zgrabnie napisanym i zagranym horrorem, choć należy mocno akcentować, że film sprawiedliwie dzieli elementy gore z komedią. Sam Aylmer jest bardziej komiczny niż straszny, a efekty CGI w latach 80. potrafią rozśmieszyć. Mimo iż Wiklinowy koszyk i Zniszczenie mózgu odstają od siebie znacznie poziomem gry aktorskiej, to i w historii Briana aktorzy potrafią bardzo długo umierać, wydając przy tym dźwięki, których nikt przedtem nie słyszał, i robiąc miny, jakich nikt nie widział, jakby cierpieli z powodu długości tego ujęcia. Same sceny gore nie są też jakieś wybitnie brutalne, choć kawałki ludzkiego ciała fruwają w powietrzu, za to niektóre sposoby konsumpcji obiadu przez Aylmera mogą wydawać się na tyle obsceniczne, że film nie powinien być przeznaczony dla młodszego grona horrorowych fanów, ale na pewno na tyle oryginalne, iż warto obejrzeć go choćby dla jednej sceny w klubie nocnym.

Dzieło Henenlottera nie spotkało się z ciepłym przyjęciem po premierze w kinach, jednak po wydaniu na video szybko znalazło się w gronie filmów kultowych. Krytycy zarzucali mu słabe komputerowe efekty specjalne, ale nie przeszkodziło to filmowi w zdobyciu 69% na portalu Rotten Tomatoes. Zapewne każdy, kto trafił na ten film, wypożyczając kasetę na placu Tysiąclecia od dystrybutora z wschodnim akcentem, był zadowolony z seansu. Opowieść jest ciekawa, Aylmer posiada śmieszny ton głosu i rzuca błyskotliwymi przytykami, a pomysłowość scen gore potrafi zaskoczyć.

Seans tego klasyka może być bardzo przyjemny nawet w 2020 roku, bo nie razi tak wykonaniem i grą aktorską, jak przygody braci z Wilkinowego koszyka, choć jeśli podobał wam się wcześniejszy film tego reżysera, to zapewne uśmiechniecie się na seansie Zniszczenia mózgu w trakcie sceny w metrze, gdzie nasza dwójka spotyka pewnego mężczyznę kurczowo trzymającego zamknięty na kłódkę wiklinowy koszyk.

Michał Chyła

Gdyby miał się porównać do postaci ze świata filmu to byłby to Gruby Gnój z Austina Powersa. Twierdzi, że jego ulubionym gatunkiem filmowym jest dramat psychologiczny, ale ogląda przynajmniej jeden słaby horror z lat 80tych dziennie. Maniak serii Souls. Przed śmiercią chciały zagrać w każdą grę, jaka wyszła.
UWaga! Gorące informacje!