Recenzja filmu Nie czas umierać – Pana Craiga pożegnanie z Bondem

Daniel Craig po raz ostatni wciela się w postać Jamesa Bonda, a my sprawdzamy, jak to wyszło na ekranie. Nie czas umierać miał trafić do kin rok temu, ale pandemia koronawirusa skutecznie w tym przeszkodziła. Ale wreszcie jest, zakończenie pewnego cyklu.

8 października 2021

Lepiej niż Spectre, gorzej niż Skyfall. Pożegnanie Craiga z Bondem jest przyzwoite, ale nie pozbawione wad. Ma w sobie jednak kilka ciekawych rzeczy.

6.5 /10
Ocena redakcji
serwisu GamesGuru
Spis treści

Nie czas umierać, czyli dwudziesty piąty odcinek przygód agenta Jej Królewskiej Mości, zaczyna się dla Jamesa Bonda wyjątkowo spokojnie. Agent 007 przeszedł wreszcie na emeryturę, u boku ma miłość swojego życia, Madeleine Swann, którą poznał w poprzedniej części, a za oknem widzi rajskie włoskie widoki. Żyć, nie umierać.

Niestety nie może być zbyt pięknie, przeszłość obojga bohaterów wykopuje drzwi sielanki z zawiasów i zmienia wąskie uliczki Matery w trasę pościgów samochodowych i arenę strzelanin. Bond ma, krótko mówiąc, dość wszystkiego, nawet Madeleine. Zrywa więc znajomość, bezceremonialnie wsadza kobietę do pierwszego odjeżdżającego pociągu i znika w tłumie. Ale kocha dalej. I cierpi.

Daniel Craig jako James Bond w Nie czas umierać
Nie czas umierać, 2021, reż. Cary Joji Fukunaga.

Bond. James Bond

Nadchodzi jednak nowe zadanie. Bond musi tym razem odnaleźć Valdo Obrucheva, porwanego naukowca współodpowiedzialnego za stworzenie broni biochemicznej o nazwie Herakles. Bazuje ona na nanobotach, które zaprogramowane na DNA konkretnej osoby zarażają ją śmiertelną chorobą. Nie trzeba chyba dodawać, że w nieodpowiednich rękach może stać się zagrożeniem dla całego świata, a za wszystkie sznurki pociąga ukryty gdzieś złoczyńca. Powstrzymać go może wyłącznie Agent 007. Bond wraca więc do gry w wielkim stylu: zakłada garnitur, przychodzi na eleganckie przyjęcie na Kubie w towarzystwie pięknej kobiety i zamawia ulubione martini.

Choć fabuła sięga po nowe wątki, w Nie czas umierać jest dużo miejsca na domknięcie tych ze Spectre. Bondowskie filmy z Danielem Craigiem stawiają na jako taką ciągłość historii, a nie pojedyncze przygody, po których następuje nagły reset. Działa to na ich korzyść. Dzięki temu Bond w wydaniu Craiga staje się bardziej ludzki, bo na przestrzeni lat obserwujemy jego drogę i przemianę. Jasne, to dalej profesjonalista z licencją na zabijanie, ale w finałowej części widzimy, jak bardzo zmęczony jest doświadczeniami z przeszłości. Nie doczeka jednak odpoczynku. Za każdym razem, kiedy próbuje odciąć się od dotychczasowego życia, ktoś lub coś wciąga go w nie z powrotem, a wszelkie nadzieje na zmianę okazują się płonne.

Daniel Craig jako James Bond w Nie czas umierać
Nie czas umierać, 2021, reż. Cary Joji Fukunaga.

Craig gra przy tym w taki sposób, że całkowicie wierzymy w rozterki jego postaci. W jego błękitnych oczach widać rozdarcie osoby, która swoje przeszła i być może nie chce już wykonywać kolejnych zleceń dla Jej Królewskiej Mości. Bond to jednak Bond i kiedy trzeba, to wypełni swoje obowiązki. Da się go przy tym lubić. Kiedy akurat nie jest diabelsko skuteczny w walce z zastępami wrogów, potrafi rzucić ironicznym komentarzem, zdobyć się na wyznanie uczuć albo nawet zrobić śniadanie pewnemu dziecku. Bond Craiga ma wiele stron, a w Nie czas umierać dostaje masę okazji, żeby je wszystkie pokazać.

Mr. Robot na wyspie

Główny bohater nam się tutaj udał, ale podobno o jakości filmu świadczy też jakość obecnego w nim czarnego charakteru. Jeśli tak, to Nie czas umierać byłby filmem co najwyżej średnim, bo taki jest też jego główny antagonista, Lyutsifer Safin. Nie wystarczy nazwać postaci demonicznym imieniem, żeby uczynić ją groźną. Wcielający się w niego Rami Malek jest na co dzień aktorem świetnym, tylko w tym przypadku czegoś zabrakło i jego rola to gra na autopilocie. Safin próbuje być do nieludzkich granic opanowany i wyzuty z emocji, ale ostatecznie wychodzi to dość mdło i nudno. Jego motywacją jest zemsta – najpierw na Blofeldzie, który zabił jego rodzinę, później na Madeleine uwikłaną w całą sprawę nie z własnej winy i wreszcie, na całym świecie, bo dlaczego nie. Przy tym wszystkim jest mało przekonujący i nie ma szans dostać się do galerii najlepszych bondowskich łotrów. To niestety przekłada się na całą intrygę w fabule. Plan Safina – podobno niebezpieczny – schodzi na bok, a jego założenia gdzieś się rozmywają. Finał filmu rozgrywający się na odludnej wyspie bardziej koncentruje się na pożegnaniu Craiga jako Bonda i domknięciu wątku jego postaci i Madeleine niż na tym, że trzeba uratować świat.

O niebo lepiej wypada Christoph Waltz, który na moment pojawia się jako Blofeld dla domknięcia wątków ze Spectre. Ma, co prawda, przewagę nad Malekiem, bo dostał cały poprzedni film na przedstawienie swojej postaci, ale wystarczy mu jedna scena konfrontacji z Bondem, żeby pokazać, kto jest tutaj prawdziwym czarnym charakterem. I Waltz, i Malek zagrali antagonistów w przerysowany sposób, ale w pierwszym przypadku to działa i pasuje, a w drugim zupełnie nie zapada w pamięć. Poza tym ta jedna jedyna scena między Bondem a Blofeldem w Nie czas umierać doskonale buduje napięcie. Jako widzowie wiemy coś, o czym bohaterowie nie mają pojęcia i suspens działa prawie jak u Hitchcocka.

Daniel Craig i Christoph Waltz w Nie czas umierać
Nie czas umierać, 2021, reż. Cary Joji Fukunaga.

Bondowski dream team?

Dobrze spisuje się też drugi plan. Ben Whishaw i Naomie Harris powtarzają swoje role jako Q i Moneypenny, a ich postaci to sympatyczne osoby, z którymi chciałoby się zakumplować. Ana de Armas jako agentka Paloma dostaje zaledwie krótki epizod, ale jest na tyle pełna charakteru, że chyba nikomu nie przeszkadzałoby, gdyby pojawiła się jako dziewczyna Bonda na cały film. Denerwuje za to Billy Magnussen jako agent CIA, ale na szczęście nie pojawia się w zbyt wielu scenach. Nie można też pominąć Lashany Lynch jako Nomi, agentki, która dziedziczy numer 007 bo Bondzie. Z jednej strony jest niesamowicie pewna siebie i przekonana o swoich kompetencjach – musi taka być, bo ma trudne zadanie dorównania legendzie – z drugiej nie do końca wiadomo, gdzie scenarzyści chcieli tę postać poprowadzić. Nomi daje więc z siebie wszystko, próbuje udowodnić, że 007 to tylko numer, ale w chwili najwyższej potrzeby przyznaje rację Bondowi. Choć właściwie, gdyby Nomi przez cały film uważała się za najlepszą na świecie, byłaby po prostu irytująca, a tak widać, że próbowano ją przynajmniej jakoś zniuansować. Pytanie, czy numer 007 może nosić ktoś, kto nie nazywa się Bond, to temat na inną dyskusję.

Problem pojawia się za to w przypadku Madeleine, dziewczyny Bonda. Być może gra aktorska Léai Seydoux to wynik wyłącznie wskazówek reżyserskich, ale nie wyszło to tej postaci na dobre mimo prób uczynienia jej bardziej wielowymiarową. Niezwykle trudno uwierzyć w głęboką miłość łączącą Bonda i Madeleine, bo chemii na ekranie jest nie za wiele. Samo wyznawanie uczuć nie wystarczy, kiedy po prostu tego nie widzimy. Dużo lepszą dynamikę z Bondem miała wspomniana już Paloma i osobiście wolałabym, żeby to ona towarzyszyła Agentowi 007 zamiast Madeleine. Zwłaszcza że sekwencja akcji na przyjęciu na Kubie jest chyba najlepszą w całym filmie.

Maska w filmie Nie czas umierać
Nie czas umierać, 2021, reż. Cary Joji Fukunaga.

Quo vadis, Jamesie Bondzie?

Zresztą scenom akcji w Nie czas umierać nie można zbyt wiele zarzucić, są dokładnie takie, jakich oczekujemy w filmie o Jamesie Bondzie. Pościgi, strzelaniny, technologiczne gadżety na czele z eleganckim zegarkiem – mamy tutaj wszystko, a na deser jeszcze trochę humoru. Przekomarzanki bohaterów są dobrym balansem dla scen, które popadają w melodramatyczny ton (a jest ich trochę).

Kłopoty zaczynają się, jeśli chodzi o wyważenie i ułożenie poszczególnych elementów. Przez domykanie starych wątków ze Spectre cierpią nowe wątki z Nie czas umierać, a intryga Safina wypada blado, bo nie ma czasu się rozkręcić. Ma się też wrażenie, że film trwa za długo – nie dlatego, że seans się dłuży, ale przez uczucie, że dałoby się go skrócić o dobre pół godziny i nic by na tym nie stracił.

W finalnym rozrachunku Nie czas umierać jest dużo lepszy niż Spectre, ale do poziomu Skyfall jeszcze sporo mu brakuje. Jako zakończenie serii próbuje postawić kropkę nad „i”, podsumować poprzednie filmy i jakość połączyć wszystko w ładną całość, co nie we wszystkich momentach działa. Kiedy skupia się na samej postaci Bonda, jest świetnie, ale gdy musimy słuchać monologów Safina, to chcemy, żeby jak najszybciej się skończyły. Brakuje tutaj mocnego czarnego charakteru, który wzbudza faktyczne poczucie zagrożenia. Safinowi to niestety nie wychodzi.

Nie czas umierać jest końcem pewnej epoki. Daniel Craig nie ma już w planach powrotu do roli Agenta 007, ale że nie porzuca się kury dającej złote jaja, seria o Jamesie Bondzie doczeka się kolejnych odsłon. Nowy aktor przejmie pałeczkę i dalej się to będzie kręciło. Pożegnanie Daniela Craiga z Jamesem Bondem ma jednak w sobie coś wyjątkowego. I tutaj wypada powiedzieć kilka słów o zakończeniu. Na chętnych czeka jeszcze jedna część tekstu, poniżej, ale ze spoilerami, więc czytacie na własne ryzyko.

Aneks do recenzji, czyli – uwaga – spoiler

Nie czas umierać nie korzysta z zasady „zabili go i uciekł. Tutaj Bond umiera naprawdę. W ostatniej konfrontacji z Safinem zostaje zarażony nanobotami zaprogramowanymi, aby zabić Madeleine. Oznacza to, że już nigdy nie może zbliżyć się do ukochanej, bo skończyłoby się to jej szybką śmiercią. Uświadamiając to sobie, Bond nie podejmuje próby ucieczki z kryjówki wroga, która zaraz zostanie zniszczona przez rakiety. Zamiast tego łączy się z Madeleine, żeby się z nią pożegnać. A później ginie. Jak umierać, to z klasą, w ostatniej misji, poświęcając wszystko, aby uratować świat, na tle spadających na wyspę rakiet.

W ostatnich scenach Bond staje się właściwie bohaterem tragicznym, który nigdy nie dostanie tego, co chce. Mógłby stawać na głowie – co i tak byłoby niczym w porównaniu z jego innymi akrobacjami w czasie filmu – a i tak by to nic nie zmieniło. Co tu oszukiwać, stał się romantykiem, który woli śmierć niż życie bez ukochanej. Romantykiem na dokładkę bardzo zmęczonym tym, co już mu się przydarzyło. 

I może z punktu widzenia narracji Nie czas umierać i poprzednich filmów o Bondzie z Craigiem ma to sens. Wbrew pozorom to nie takie złe zakończenie dla tego konkretnego wcielenia Agenta 007, do tego bardzo symboliczne. Bond przemija, ale nigdy nie zginie, bo odrodzi się z twarzą innego aktora. Ale mimo wszystko śmierć właśnie tego bohatera na końcu filmu wydaje się być czymś niewłaściwym. James Bond to przecież postać prawie że nadludzka, która zawsze znajduje sposób na uratowanie świata i wyjście cało z opresji. Jako widzowie chcemy patrzeć na jej sukcesy, nie śmierci. A w Nie czas umierać nie ma takiej możliwości. Bond nie ucieka w ostatniej chwili, nie pojawia się już, żeby mrugnąć do nas okiem i odjechać luksusowym samochodem w dal z dziewczyną. Jego już nie ma i tylko jego przyjaciele mogą wznieść za niego toast. Albo inaczej, nie będzie już takiego samego Bonda. Świat się zmienia i kolejna wersja może być już zupełnie inna. Mit Jamesa Bonda będzie nadal trwać. Nie czas umierać próbuje nas jednak zostawić z pytaniem, czy ten mit jest nam jeszcze potrzebny.

Kadr z filmu Nie czas umierać
Nie czas umierać, 2021, reż. Cary Joji Fukunaga.

Dorota Żak

Absolwentka UJ, nałogowo ogląda filmy, żeby utrzymać status filmoznawcy. W wolnym czasie można znaleźć ją z książką i koniecznie z kubkiem dobrej herbaty pod ręką. Dalej smuci ją zakończenie trylogii Mass Effect, ale gdyby do końca życia miała grać tylko w jedną grę, pewnie padłoby na Fallout: New Vegas.
UWaga! Gorące informacje!