Recenzja Slipstream – najlepszy OutRun nie przyszedł od Segi

Slipstream to strumień powietrza, który powstaje za pojazdem jeśli ten porusza się wystarczająco szybko. Fani ścigałek mogą kojarzyć go jako tunel aerodynamiczny, pozwalający na wyprzedzenie rywala dzięki jechaniu bezpośrednio za nim i wykorzystaniu tego tunelu do nabrania prędkości. Jest to też nazwa arcadowego racera stworzonego przez Sandro “ansdor” De Paula, który w pojedynkę postanowił przywrócić do życia klimaty znane z takich tytułów jak OutRun czy amigowy Lotus. I wyszło mu to wyśmienicie!

11 kwietnia 2022

Doskonały arcade na szybkie posiedzenia lub imprezę. Niestety samej zawartości nie starcza na wiele godzin, ale zachęca do częstych powrotów żeby zrelaksować się przy pojedynczym wyścigu.

8 /10
Ocena redakcji
serwisu GamesGuru
  • przyjemny arcadowy model jazdy
  • relaksująca rozgrywka
  • wymagająca dla tych którzy chcą wyzwania
  • zróżnicowane tryby rozgrywki
  • przyjemna oprawa graficzna
  • świetny soundtrack
  • klimat wczesnych lat 90tych
  • smaczki dla fanów retro gier
  • ukończenie wszystkiego może zająć mniej niż 5 godzin
  • różnice między samochodami są słabo wyczuwalne
  • skierowana głownie dla fanów oryginalnych gier jak Lotus czy OutRun

 

Spis treści

Jedna osoba może dzisiaj przywołać ducha starych czasów, kiedy to żonglując dyskietkami od Amigi pędziło się przed siebie po ulicach z ostrymi skrętami w najlepszym modelu Lotusa przy ekstremalnie wkręcającym się w czaszkę soundtracku. Slipstream od razu przywołał te wspomnienia, nie tylko ekranem tytułowym, ale pięknie wymodelowanymi trasami i samochodami stylizowanymi na wczesne lata 90te. Wspominany jednoosobowy, brazylijski team developerski, czyli Sandro De Paula, jest nie tylko fanem ścigałek, ale i samej Segi i jej tworów w postaci OutRun i… Sonica.

Slipsteam, czyli cień aerodynamiczny

Na start wybieramy jeden z pięciu samochodów różniących się między sobą trzema statystykami – prędkość maksymalna, przyspieszenie oraz sterowność. Znawcy motoryzacji rozpoznają co stanowiło inspirację dla maszyn mimo braku licencji. Charakterystyczne bloczki po wyborze trasy wyścigu w kontrastujących ze sobą kolorach (żółty, niebieski i czerwony) oraz nazwa niektórych tras (Emerald Hill, Chemical Plant) od razu wrzucą uśmiech na twarz u wielbicieli niebieskiego jeża. Pozostaje tylko wcisnąć gaz do dechy i z piskiem opon wystartować, wyczekując uważnie na odpowiedni moment do ostrego driftu, aby pokonać wyskakujący znienacka zakręt.

Drift przy zachodzie słońca

Slipstream nie jest symulatorem jazdy, każdy zakręt najlepiej pokonywać dryfując przy pełnej prędkości dzięki szybkiemu przeklikaniu się z pedału gazu na hamulec i z powrotem (lub ułatwiając sobie sprawę ustawiając automatyczne driftowanie po prostu wychylając gałkę pada mocno w kierunku w którym zmierza zakręt). Na długich prostych można nadrobić prędkość straconą w czasie pokonywania zakrętów, ale nie można się zbytnio zapatrzyć na piękne krajobrazy, bo zakręt może pojawić się nagle, a wypadniecie poza trasę i koziołkowanie nie jest wskazane, bo rywale już czekają kawałek za naszym zderzakiem, aby pozbawić nas wypracowanej wysokiej pozycji.

Do zwycięstwa wystarczy zaledwie perfekcja

Podobnie jak wymienione starsze pozycje Slipstream nie wybacza błędów w krytycznych momentach. Nawet na najniższym poziomie trudności, przy włączonym automatycznym drifcie i z forzowską opcją cofania czasu przy większym dzwonie ciężko będzie odzyskać prowadzenie zwłaszcza na ostatnim okrążeniu. Gra nie oferuje widoku trasy w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Jedyne co znamy przed wyścigiem to jej nazwa, a w trakcie widzimy położenie pierwszego rywala przed nami i pierwszego za nami. Zakrętów i odcinków specjalnych musimy doświadczyć na własnym garbie i wrócić po przegranym pojedynku z wiedzą na temat trasy. Inaczej się nie da.

Wybór aut

Mimo to Slipstream ma bardzo reklamującą rozgrywkę. Zawdzięcza to zwłaszcza genialnemu soundtrackowi (Effoharkay) oraz doskonałemu, miękkiemu i nowoczesnemu modelowi jazdy. Oprawa audio-wizualna to vaporware pełną gębą, ale mechaniki nie pozwalają sobie na sztywność znaną ze starszych tytułów. Samochody prowadzi się tu jak masełko po rozgrzanym teflonie. Suną przed siebie bez przeszkód wchodząc w poślizgi bez tracenia przyczepności. Z równowagi może nas wytrącić jedynie solidny dzwon w barierki, nic więcej. Jeśli więc masz refleks wściekłej wiewiórki, lub poznałeś odpowiednio trasę, nawet krótka przejażdżka w Slipstream może być miodem na zmęczony mózg po ciężkim dniu w pracy.

Drift w kanionie

Slipstream oferuje szereg trybów, które w założeniach są bardzo podobne choć różnią się od siebie znaczącymi elementami rywalizacji. W jednym trybie będziemy pokonywać specyficznych rywali, którzy będą psioczyć na nas za każdym razem, gdy ich wyprzedzimy lub wytykając nam nasze słabości jeśli nie damy rady ich pokonać. Grand Prix pozwoli nam powalczyć o jeden z kilku pucharów w serii wyścigów na pięciu trasach i w tym trybie możemy wybrać prostą wersję bez ulepszania pojazdów, lub taką, w której za wygrany wyścig otrzymamy zapłatę w walucie, za którą podkręcimy osiągi wybranego pojazdu. Pozostaje jeszcze battle royale, w którym w wyścigu do 16 kierowców bierzemy udział w zawodach eliminacyjnych, gdzie po każdym etapie ostatni w stawce odpada. W tym trybie dzwon kiedy pozostał tylko jeden rywal boli najbardziej. A o niego nie trudno, bo i w tym jak i pozostałych trybach walczymy nie tylko z zakrętami i rywalami, ale i ruchem ulicznym na trasie. Wszystko spina lokalny tryb multiplayer, który jest ciekawostką przeznaczoną gównie na zakrapiane imprezy.

Wściekle, szybko i krótko

Szereg trybów i miód płynący z ekranu powoduje, że fani arcadowego ścigania się mogą być na początku zachwyceni rozgrywką. Pierwsze moje posiedzenie z grą trwało ponad trzy godziny. Następne jednak już bardziej dawkowałem. Spowodowane było to tym, że dostępne pięć samochodów mimo różnych statystyk nie różnią się przesadnie w prowadzeniu ich na trasie. Fakt, w jednej furze należy częściej wchodzić w stan Slipstream, czyli nabierać dużej prędkości dzięki jechaniu przez pewien czas za samochodem rywala, aby faktycznie pojechać z pełną mocą, ale nie odczułem znaczących różnic we wchodzeniu w zakręty. A mimo swojej nazwy to jednak na driftowaniu na zakrętach spędzimy więcej czasu niż jeździe na zderzaku oponenta.

multiplater

Poza tym po pięciu godzinach zobaczyłem już znaczną część gry i zostało mi do zrobienia naprawdę niewiele, aby zdobyć ostateczny pucharek w grze i na PSN. Fajnie, że gra nie ma wyłożonych wszystkich kart na stół i w jednym z trybów możemy odkryć nowości jak w starszych grach, ale tego nie starcza na wiele. Procentowy licznik postępu na głównym ekranie gry zapełnia się w zastraszająco szybkim tempie, jeśli więc ktoś ma dryg do takich racerów po jednym posiedzeniu nie będzie maił już do czego wracać jeśli nie będzie mu zależało na samej przyjemności z szybkiej jazdy.

Dla rajdowców urodzonych przed 1990 ocena to 10/10

Mimo szybkiego finiszu, gra zachęca do powrotów na szybkie strzały przy jednym z trybów gry. Do tego bardzo niska cena rekompensuje czas na jaki pojedynczemu graczowi starczy rozrywki. Jeśli zainteresujecie się multi to wiadomo, że do dna słoika z miodem będzie jeszcze daleko. Jeśli jednak doskonale pamiętasz wspominane serie Lotus i OutRun to powyższe przywary tytułu nie powinny ci przeszkadzać, a twoja wirtualna biblioteka powinna czym prędzej wzbogacić się o Slipstream. Z pokładami nostalgii na karku do ostatecznej oceny dodaj dwa oczka, bo otrzymasz to co kochałeś tylko w nowoczesnym wydaniu. Pełne klimatu lat młodości, a pozbawione wad tytułów z starego sprzętu.

Więcej informacji o grze na stronie Blitworks – Slipstream

Michał Chyła

Recenzuje komiksy i gry Indie. Fanatyk gatunku soulslike.
UWaga! Gorące informacje!