Recenzja serialu Sandman – w objęciach Morfeusza

Moja droga do Sandmana była długa i nieoczywista. Zaczęła się od fascynacji snem, symbolami, podświadomością, podaniami ludowymi i przede wszystkim psychologią głębi Junga. Bardzo lubię też wszystko, co wychodzi spod pióra Neila Gaimana. Stąd też moja perspektywa nie będzie czysto filmoznawcza. Jako zaprawiona w sennych bojach podróżniczka nocnych światów po prostu nie mogłam sobie tego seansu odpuścić!

7 sierpnia 2022

Fajny, oryginalny serial, który sprawnie adaptuje komiksowy materiał na kanwę serialu bez zbędnego intelektualizowania. Rewelacyjna obsada i współudział scenarzysty komiksu, Neila Gaimana, sprawiają, że obok serialu nie da się przejść obojętnie – i wciąga na długie godziny.

7 /10
Ocena redakcji
serwisu GamesGuru
Spis treści

I wy też nie powinniście. To jedna z najlepszych w ostatnim czasie produkcji spod znaku Netflxa i nawet scenariuszowa obecność niesławnego Davida S. Goyera (Fundacja dla Apple+, Człowiek ze stali), nie jest w stanie tego zepsuć. We wszystkim czuć mocny głos Gaimana, dzięki czemu całość wypada bardzo dobrze pomimo charakterystycznych manewrów Goyera. 

Źródło: Netflix

Kilka słów na temat kontekstu Sandmana

Zacznijmy jednak od początku. Sandman to adaptacja serii komiksów wydawanych przed DC od 1989 roku. Ich motywem przewodnim jest sen, a raczej Sen, jego antropomorficzne wcielenie. Na kartach ponad 70 wydań poznajemy jego królestwo, rodzinę, zakres obowiązków, podejście do ludzkości i świata rzeczywistego. Jak na Gaimana (który jest scenarzystą tego projektu) przystało, można się spodziewać inteligentnych, wnikliwych obserwacji, oryginalnych pomysłów i niezapomnianego klimatu, który współtworzyło z nim na przestrzeni lat kilkudziesięciu rysowników. Sama zaś postać Snu to jedna z najbardziej charakterystycznych kreacji, jakie przydarzyły się DC. Nie zapominajmy także o tym, że to jedna z tych serii, które wytyczyły nowy kierunek popadającej w stagnację branży komiksowej w USA. Dzieło o bardzo ugruntowanej pozycji, któremu rzucało wyzwanie na przestrzeni ostatnich 30 lat wielu scenarzystów i reżyserów (a potem polegało), zaś sam Gaiman zaczął tracić nadzieję, że kiedykolwiek uda się je przenieść na ekran. Aż do teraz.  

Źródło: Netflix

Zaczyna się od fabularnego trzęsienia ziemi, jak w oryginale. Sen (w tej roli niezwykle eteryczny i romantyczny Tom Sturridge z efektowną burzą zmierzwionych czarnych włosów na głowie, dzięki czemu wygląda, jakby dopiero co wstał z łóżka – pomysłowe!) zostaje uwięziony przez domorosłego entuzjastę magii i kultystę, Rodericka Burgessa (nieoceniony Charles Dance) przez pomyłkę. Kultysta chciał uwięzić Śmierć, ale złapał Sen. Zachęcony przez serialowego kręciciela numer jeden, koszmar o imieniu Koryntczyk (świetny Boyd Holbrook), Burgess zamyka głównego bohatera w szklanej czarze na ponad sto lat, co natychmiast wywołuje lawinę efektów ubocznych, których tropem podążymy w pierwszym sezonie. Ludzie zaczynają cierpieć na tajemnicze przypadłości senne – jedni nie budzą się, inni z kolei nie mogą spać. Trzy królewskie atrybuty Snu zostają rozkradzione i przechodzą przez kolejne pary niepowołanych rąk, powodując dalsze ciągi przyczynowo-skutkowe i przy okazji jeszcze bardziej potęgując bałagan, który nieszczęsny Król Snów będzie musiał posprzątać, kiedy już się uwolni.

Między jawą a snem

Sezon podzielony jest na dwie części. W pierwszej Morfeusz, bo tak brzmi kolejny z jego licznych przydomków, wyrusza w podróż, by odzyskać swoje regalia. Na drodze czeka go konfrontacja ze skutkami jego stuletniej nieobecności, spotkanie z Trzema Losami i pojedynek z samym Lucyferem (rewelacyjna Gwendoline Christie) w piekle. Druga część skupia się na zjawisku wiru sennego, przez który całe królestwo Snu (i w efekcie rzeczywistość) mogą ulec zniszczeniu.  Stawką są losy świata i wszystkich ludzi, i – jak zwykle – spoczywają w rękach jednej, zupełnie do tego nieprzygotowanej i nieświadomej niczego osoby.

Źródło: Netflix

Te dwa wątki to jednak pretekst do wprowadzenia całej gamy wątków pobocznych i postaci, które dodadzą serialowi kolorytu i głębi. Zmodyfikowane i przekształcone na potrzeby współczesności tak, że pozostaje jedynie szkielet opowieści i poszczególnych postaci (w porównaniu do komiksowego oryginału), nie sprawiają jednak wrażenia, jakby były sztuczne (poza paroma wyjątkami, gdzie po prostu nie da się tego zignorować – najlepszym przykładem tego jest oczywiście Śmierć). Jest miejsce na rozważania psychologiczno-filozoficzne, mitologizację, symbol. Siłą fabuły jest jej uniwersalność – sny i symbole przybierają zawsze formę kontekstu i rzeczywistości, na którego grunt padły. Tematyka snu i podświadomości pozwala się scenarzystom bawić formą i narzędziami fabularnymi do woli bez ryzyka, że będą one zbyt dosłowne w swym przekazie.

Na szczególną uwagę zasługuje tu w szczególności John Dee (David Thewlis) – psychopata – uciekinier, którego moralna niejednoznaczność prowadzą fabułę na tor eksperymentu społecznego, w którym zobaczymy, co by się stało, gdyby wszyscy ludzie byli szczerzy do szpiku kości. Konkluzja jest nieco uderzająca, ale i antyklimaktyczna. Całemu zajściu przygląda się Sen, który z typowym dla siebie dystansem, bezstronnością i nieoczekiwanym w tym wypadku współczuciem komentuje sprawę z perspektywy bytu przekraczającego przestrzeń i czas. Po czym odstawia człowieka z powrotem do szpitala psychiatrycznego.  Innym takim przykładem jest konwent morderców, który Król Snów zamyka bezwzględnie i sprawiedliwie w typowym dla Gaimana stylu – ale zobaczcie to sami na własne oczy. To zdecydowanie jeden z najmocniejszych momentów serialu.

Źródło: Netflix

Grzechy serialowego formatu

Choć serial ogląda się świetnie, to jednak kilka jego aspektów mnie rozczarowało. Takimi jest na przykład kreacja głównego bohatera. Odtwórca roli prezentuje się zjawiskowo, ale jednak momentami przypomina zagubionego pisarza, który wypił o jedną szklankę whisky za dużo i wpadł w spiralę egzystencjalizmu. Brakuje mu tajemniczego majestatu i królewskości, którą posiadał oryginał (choć zdecydowanie nie był tak przystojny). Jego interakcje z pozostałymi postaciami (szczególnie w świecie snów) pozostawiają wiele do życzenia. Jak na eteryczne byty z pograniczu snu i jawy są zbyt logiczne, zbyt ludzkie. Wiadomo, że to bardzo ułatwia widzowi identyfikację ze światem przedstawionym, jednak zasady rządzące podświadomością i snem są zbyt ciekawe i nieoczywiste, by nie można się nimi było pobawić bardziej, nie naruszając przy tym spójności fabularnej.

To łączy się naturalnie z kolejną sprawą, o której chciałam wspomnieć – kreacją królestwa Snu. To zdecydowanie piękny komputerowy świat (bardzo dobre efekty specjalne), ale mało oryginalny. Przypomina bardziej baśnie, niż nielinearne, podświadome szaleństwa ludzkiej wyobraźni z całym ich spektrum dziwactw i niejasności. Dlatego też z przykrością muszę stwierdzić, że serial w tym kluczowym aspekcie całkowicie marnuje twórczy i fabularny potencjał sennej estetyki. Nie można jednak mu tego przynajmniej częściowo nie wybaczyć, bo większość tekstów kultury mierzących się z tematyką snu popełnia te same grzechy.

Pomimo tych niedociągnięć, Sandman pozostaje świetną propozycją na ciepły, letni wieczór albo… noc. Serial może nas ze swych ramion szybko nie wypuścić, więc ryzykujemy, że przypadkiem przegapimy codzienną wycieczkę do królestwa Snu.

Źródło: Netflix
UWaga! Gorące informacje!