Recenzja Dynasty Warriors (2021) – sieczka na konsoli, baśń na Netflixie

Fani serii Dynasty Warriors długo musieli czekać na pojawienie się ekranizacji ich ukochanej gry. Teraz, kiedy seria nie jest już tak popularna na Zachodzie jak kiedyś (choć zawsze była raczej niszowa), Netflix wyskoczył jak filip z konopi z filmem, który pewnie podbije serca każdego, kto w pojedynkę dziesiątkował tysiące wrogów na polu bitwy, wykręcając przy tym szalone liczniki combo.

3 września 2021

Ekranizacja Dynasty Warriors ma słabsze momenty, ale w całokształcie jest całkiem udana. Bez fajerwerków, ale i bez żenady. Pod warunkiem, że trawicie chińskie kino.

6 /10
Ocena redakcji
serwisu GamesGuru
  • Postacie i walki przeniesione prosto z gry
  • Całkiem zgrabnie przedstawiona historia
  • Nie przynudza
  • Baśniowy klimat
  • Część rekwizytów i postaci wygląda tak, jakby wybierali się na konkurs bieda cosplayu
  • Wszechobecny green screen wypada słabo
  • Brak typowego dla chińskiego kina rozmachu
Spis treści

Kiedy okrutny Dong Zhuo przejmuje władzę na cesarskim dworze, grupka bohaterów o nadprzeciętnych umiejętnościach walki postanawia zjednoczyć armię watażków i stawić mu czoła, przywracając ład i porządek w kraju, ku chwale dynastii. Pomogą im w tym nie tylko niezliczone rzesze podwładnych i umiejętności generałów, ale i magiczna broń wykuta z boskich skał żywiących się krwią. Cao Cao, Liu Bei czy Youan Shao staną naprzeciwko armii wroga dowodzonej przez równie potężnego i wyposażanego w legendarną broń Lu Bu.

Lu Bu atakuje z wysoka

Nie ma co się rozpisywać o fabule i bohaterach. Każdy, kto grał w gry z serii, zna doskonale okoliczności i postaci. Widz niezainteresowany tematem nie będzie również zainteresowany filmem, więc nie powinien zaprzątać sobie tym głowy. Przyznam, że z serią spędziłem wiele godzin, grając na PC, a potem na PSP. Ale robiłem to prawie 16 lat temu i oglądając Dynasty Warriors, miałem bardziej przebłyski, że „ooo, to było w grze” czy „ten bohater to jak z gry żywcem”, niż wyłapywałem smaczki dla fanów. A tych jest zapewne od groma, ponieważ film zrobiono tak, aby nawet najdziwniejsze wizje designerów gry przeniesione zostały na ekran. Oczywiście owocuje to sztucznością wyglądu postaci i oręża, które zamiast na śmiercionośne wygląda jak atrapa wykonana przez cosplayera na konwent o niskich wymogach.

Ładna, krwawa baśń

Na dobrą sprawę sam scenariusz jest napisany zgrabnie i nie przynudza ani nie powoduje jakichś opadów rąk w geście zażenowania. Efekty specjalne w trakcie walki stoją na bardzo przeciętnym poziomie, co wskazuje na szczupły budżet produkcji. Fani chińskiego kina przyzwyczajeni są do latających w czasie walki na miecze bohaterów czy ataków gromiących rzesze wrogów jednym ciosem, ale czasami twórcy Dynasty Warriors za daleko posuwają się w fantazji. Ślizg bokiem na koniu wyciągnięty z tureckiego kina akcji również się tu zdarza, tak jak i trafianie obcinanymi głowami do celu, więc nie wszystko trzyma poziom, ale sama choreografia starć jest przyzwoita i odpowiednio brutalna. Niestety widać też braki w czasie scen kręconych na green screenie, a tych jest bardzo dużo. Aktorzy wyglądają jak wklejeni w bardzo niskiej jakości tło. Kole to w oczy, zwłaszcza że sceny kręcone w prawdziwej scenerii przedstawiają zachwycające krajobrazy. Widać w tym, jak nierówny jest to obraz.

Walka z tabunem wrogów

Nie ma co ukrywać, seans Dynasty Warriors to wielkie guilty pleasure, praktycznie wyłącznie dla fanów gry. Wątpię, aby typowy fan kina wuxia przekonał się do baśni, jaką jest DW. Efekty specjalne i nierówna charakteryzacja postaci (jeden bohater wygląda przyzwoicie, drugi jak wyjęty z Power Rangers) nie pozwolą na komfortowy seans. Fan serii za to znajdzie zapewne masę smaczków i po każdym uderzeniu bronią w ziemię, które wywoła falę wybijającą w powietrze dziesiątki wrogów, uśmiechnie się tak jak ja. Poznajmy w filmie tylko początek ery trzech królestw i jest to mimo wszystko udana ekranizacja. Jeśli powstanie następna część, życzę twórcom większego budżetu, bo widać, że mają pomysł na tę historię, brakuje tylko yuanów.

Michał Chyła

Gdyby miał się porównać do postaci ze świata filmu to byłby to Gruby Gnój z Austina Powersa. Twierdzi, że jego ulubionym gatunkiem filmowym jest dramat psychologiczny, ale ogląda przynajmniej jeden słaby horror z lat 80tych dziennie. Maniak serii Souls. Przed śmiercią chciały zagrać w każdą grę, jaka wyszła.
UWaga! Gorące informacje!