Gwint – o co chodzi?

Zaprezentowana, acz nie opisana, gra karciana gdzieś na stronach siedmioksięgu wiedźmińskiego autorstwa A. Sapkowskiego ukazała się jako samodzielna gra.

30 marca 2017

Od pierwszej części Wiedźmina studio CD Projekt Red zamieszcza w swoich produkcjach mini gry. Każdy fan pewnie dobrze wspomina kościanego pokera zaprezentowanego w Wiedźminie i kontynuowanego w Wiedźminie 2. Trzecia interaktywna opowieść o Geralcie z Rivii zawiera w sobie nową grę – Gwint.

Podstawową zasadą krasnoludzkiego Gwinta było coś przypominającego licytację na targu końskim – tak intensywnością, jak i natężeniem głosu licytujących. Następnie para zgłaszająca najwyższą „cenę” starała się zdobyć jak najwięcej wziątek, czemu druga para na wszelkie sposoby przeszkadzała. Rozgrywka przebiegała głośno i gwałtownie, a obok każdego gracza leżał gruby kij. Okładano sie kijami dość rzadko, ale wymachiwano często. — Chrzest ognia

Opis gry

Taki opis gry znajdziemy w piątej części sagi. Poza kartami i wziątkami autor zaznaczył, że w trakcie gry używa się także małych figurek. Deweloperzy ze studia CDPR przykuli uwagę tylko do części opisanych elementów.

Gwint – kolekcjonerska gra karciana

Gwint to kolekcjonerska gra karciana z mechaniką bardzo podobną do mini gry zamieszczonej w Wiedźminie 3. Gra jest kolekcjonerska, ponieważ każdy gracz zdobywa karty na własną rękę. Tytuły takie jak Magic: the Gathering oraz The Legend of the Five Rings dają możliwość kupowania paczek z losowymi kartami, wymiany bądź kupna. Jednak te karty są materialne i nie wszystkie mechanizmy zostały przeniesione na cyfrowe realia. W Gwincie można je zdobyć z wygranych beczek (odpowiednik paczek) lub stworzyć samemu ze skrawków, które otrzymujemy za niszczenie zbędnych kart.

Sama mechanika jest prostsza od innych, dostępnych na rynku gier tego pokroju. Gracze konstruują sobie talie złożone z dwudziestu pięciu kart. To niewiele porównując do jakiejkolwiek innej gry karcianej. Zawdzięczamy to dzięki wyłączeniu surowców w trakcie pojedynku. Nie potrzebujemy many, złota czy czegokolwiek innego by zagrać kartę. Potyczki rozgrywa się do dwóch zwycięstw, a wygrywa ten, kto ma więcej punktów po swojej stronie stołu. Zasady są niezwykle proste, bo to gracze po przeciwnej stronie zapewniają podwyższony poziom trudności. Aktualnie gra posiada 280 różnych kart, podzielonych na pięć frakcji + neutralne. Karty te także posiadają swoją zróżnicowaną rzadkość oraz ramkę, która jest ważnym elementem rozgrywki. Już podczas tworzenia talii należy zwrócić na to uwagę, gdyż istnieje limit sześciu srebrnych kart i czterech złotych. Nie możemy umieścić więcej w swojej konstrukcji.

Złote karty to coś bardzo ważnego dla rozgrywek Gwinta. Jednostki i akcje w złotej ramce mają potężne zdolności oraz nie mogę być brane jako cel większości umiejętności. Oznacza to tyle, że trudniej jest się pozbyć złotej karty ze stołu a jej efekt może przesądzić o rozgrywce.

Gdy zapowiedziany został pierwszy duży update wprowadzający frakcję Nilfgaard pilnie słuchałem twórców prowadzących stream. Omówili po krótce zmiany w grze i co ze sobą niesie nowy zestaw kart. Zredukowane wtedy zostało działanie większości kart obniżających wartości punktowe jednostek tak, by zazwyczaj karty pozostawały na stole, choć osłabione. Twórcy tłumaczyli to polityką i nastawieniem graczy. Nikt nie lubi, gdy jego zagrana karta od razu spada z pola gry, bo została zniszczona. Zdziwiłem się bardzo, gdyż każda gra karciana posiada tzw. „removal” – karty pozwalające na pozbycie się zagrożenia ze stołu. Efekty te często są silne, lecz nigdy nie przybliżają same z siebie do wygranej.

Zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się co wprowadza nowa frakcja. Pojawiły się pierwsze karty, które bez spełnienia żadnych wymogów niszczą dowolne, niezłote jednostki. To w końcu jak z tym ograniczeniem zabijania? Twórcy, podczas wymieniania usprawnień, napomknęli wtedy też o brązowych kartach, które kontrują złote. Stwierdzili, że tak nie może być i należy to zmienić. Wszystko to sprowadzało się do interakcji jednej brązowej karty „Przełom” z jedną złotą kartą „Ragh Nar Roog”. Jak powiedzieli tak zrobili.

Granie w Gwint

W międzyczasie ogłoszono turniej Challenger, o którym pisaliśmy już wcześniej tutaj. Tak oto gra, która nadal jest w becie, stara się dostać do grona e-sportów. I nie ma się czemu dziwić, rozrywka tego typu jest teraz topowa a Gwint ma solidne fundamenty marketingowe.

Ostatni duży update wprowadził ponownie wiele zmian. Zmienił efekty dźwiękowe, ulepszy efekty wizualne. Zmienił mechanikę zagrywania kart w pole i poprawił działanie wielu z nich uwzględniając nowości.

Tło z gry

Twórcy po raz kolejny stwierdzili, że złote karty są tak ważne, że zmniejszyli ilość możliwych interakcji z nimi do skrajnego minimum. Podczas tego procesu udoskonalili działanie brązowej karty „Kajdany z Dwimerytu” by mogły nie tylko „odzłacać” jednostkę, ale także pozbawiać ją jakichkolwiek umiejętności. I pogubiłem się. To jak to było ze złotymi kartami? Bo aktualnie są tak istotne, że wystarczy mieć w talii konkretną, brązową kartę by pokonać dowolne złoto. W takich chwilach mam wrażenie, że ​deweloperzy poznali tylko Hearthstone, a i to pobierznie.

Mimo wszystko Gwint rośnie w siłę. Zarówno społeczność jak i media interesują się grą coraz bardziej. Pomimo nielicznych pomyłek twórców tytuł staje się lepszy. Mam nadzieję, że w przyszłości studio uniknie rażących potknięć i ujednolici politykę gry wraz z jej rozwojem.

Ustrzel grową okazję

GAMESGURU

Redaktor naczelny tego skupiska wariatów, który nałogowo pracuje nad poprawą jego ładu. Spełniony muzyk, niespełniony skryba, czasem coś pobazgra na podwędzonym ukradkiem płótnie. Przesiaduje nocami, choć w sytuacjach oficjalnych zarzeka się, że tego nie lubi. Człowiek ze zdiagnozowaną dolegliwością zwaną chronicznym brakiem czasu.
UWaga! Gorące informacje!