fbpx

Recenzja filmu Avatar: Istota wody – planeta B, szamanizm i ewolucja

24 grudnia 2022,
16:13
Danuta Repelowicz

James Cameron to twórca oddany filmowi i nauce. Spuści się na dno oceanu w batyskafie, by przekonać się, jak wygląda życie na jego dnie. Zatrudni kaskaderów, którzy przeanalizują wszelkie możliwe konfiguracje zdarzeń, by sprawdzić, czy Jack mógłby przeżyć, gdyby Rose tylko „przesunęła swoją grubą dupę”. Zakochany w nurkowaniu i podwodnych światach, Cameron z wielką dbałością o szczegóły reinterpretuje w nowym filmie żywioł wody. Od symbiozy, przez adaptację aż po szamanizm jako nośnik kultury rdzennej – wszystko to znajdziemy w jego najnowszym filmie Avatar: Istota wody.

Pod wodą

Nowy film Camerona to spektakularne kinowe widowisko, które, choć proste fabularnie, po prostu ocieka autentyczną miłością reżysera do mórz i oceanów. Zrealizowane z rozmachem i pomysłem, nie nudzi ani przez chwilę. To zdecydowanie jeden z tych filmów, które koniecznie trzeba zobaczyć w kinie. Polecamy!

7 /10
Ocena redakcji
serwisu GamesGuru

Avatar był dziełem przełomowym nie tylko w filmografii Camerona – z dnia na dzień zmienił cały przemysł filmowy. Wszystko to dzięki pionierskiej technologii przechwytywania mimiki twarzy, wirtualnej kamerze, która zmieniła proces produkcji scen CGI oraz Fusion Camera System – specjalnym systemie pozwalającym na sprawne wykorzystanie techniki 3D w filmie. Tak, Avatar był naprawdę epokowy. Tego właśnie należało oczekiwać od twórcy tak uznanego, jak Cameron. Wychowany na science fiction, swoją karierę zaczynał od nakręconego w wieku 24 lat filmu krótkometrażowego Xenogenesis. Nigdy nie ukrywał swoich związków ze science fiction.

W czasach, w których kino science fiction skupia się głównie na motywie smutnego, białego kosmonauty w kosmosie (jak lubimy to szyderczo komentować w filmoznawczych kręgach), adaptacjach znanych powieści i kinie komiksowym, trzeba nam głosów takich, jak Cameron. Bo jego wizja, choć przez niektórych niesprawiedliwie sprowadzona do pretekstowej fabuły, wyraża umiejętności, twórczość i mądrość doświadczonego filmowca, który, choć trzyma się fabularnych pewniaków, to dalej potrafi wyreżyserować przejmujące i przebojowe kinowe widowisko, na które warto się wybrać na trzy godziny do świątyni dziesiątej muzy.

Bohaterka Avatara: Istoty wody

Coś więcej, niż Pocahontas

„Ale o co jej chodzi? Przecież to kolejna wariacja Pocahontas”, słyszę już głosy krytyki. O ile da się dostrzec pewne podobieństwa, nie wynikają one z samej fabuły, a z tematyki, która łączy dwa filmy, czyli szamanizmu. Tym razem to one są głównymi wątkami, nie zaś konflikt cywilizacyjno-kulturowy, którego dużo więcej było w pierwszej części.

Czym jest szamanizm? Szamanizm to szeroko pojęta praktyka duchowa, która polega na łączeniu się ze światem duchowym poprzez różne rodzaje praktyk – przez pieśni, taniec, aż po specjalne rytuały, mające na celu na przykład przywrócenie danej osobie utraconej duszy. Są obecne w wielu kulturach – oczywiście najpopularniejszą odmianą szamanizmu jest szamanizm indiański z jego wielkimi ogniskami, ayahuaską i starszymi mężczyznami ubranymi w zwierzęce płaszcze. W Korei, Polinezji, Uralu, Azji Mniejszej, Afryce i Australii wszędzie także znajdziemy ślady takich praktyk, niektóre z nich są żywe po dziś dzień. Ludzie mieli potrzebę łączenia się z niewidocznym od zarania dziejów, Avatar zaś przypomina nam tę zapomnianą odsłonę historii.

Avatar jest od pierwszej do ostatniej minuty przesiąknięty duchem szamanizmu. Konstrukcja fabularna opiera się na cyklu życia – zaczyna się od narodzin, kończy śmiercią. Podkreśla rolę społeczności w całej praktyce, wprowadza wątki inicjacji młodych. Mierzy się z tematyką odzyskiwania duszy oraz potrzebą istnienia porządku, który umożliwia nowym członkom wspólnoty odnaleźć się na drodze życia i w społeczności, której są częścią. Wszystkie te rzeczy mogą sprawić, że nowoczesny człowiek szyderczo przewróci oczami, przyzwyczajony do kartezjańskiego, empirycznego „myślę, więc jestem”. Nie zmieni to jednak faktu, że kiedyś była to nieodłączna część ludzkiego życia, a wśród ludów podbitych cenny nośnik kultury rdzennej. Cameron zdaje się nam o tym przypominać na każdym kroku – czy to podczas podróży do świętych miejsc wodnego ludu Metkayina, czy to podczas prób adaptacji głównych bohaterów do nowego środowiska.

Lud Metkayina
Źródło: 20th Century Studios

Ewolucja, symbioza i… połów komercyjny

Jak na epickie science fiction przystało, nie brak tu interesujących wątków naukowych. Należy do nich adaptacja i przystosowanie ewolucyjne do życia wodnego. Klan Metkayina, w którego towarzystwie spędzimy sporo czasu, ma zupełnie inną budowę ciała i kolor skóry, niż ich leśni koledzy Omatikaya. Wszystko to widzimy na ekranie i dajemy się ponieść jego splendorowi. Ponadto, Matkayina potrafią wchodzić w relacje symbiotyczne z innymi morskimi stworzeniami, co ułatwia im przetrwanie pod wodą. Szczególnie ciekawy pod tym względem jest wątek tulkunów, czyli przypominających wieloryby morskich stworzeń, które są daleko bardziej inteligentne i rozwinięte, niż ich antropomorficzne odpowiedniki.

Dla tego, kto interesuje się morską biologią, ten wybór nie będzie zaskoczeniem. Wieloryby już od dawna skupiają uwagę naukowców z dokładnie tych samych względów, z których Cameron zdecydował się zainspirować nimi film. Potrafią tworzyć i przekazywać między sobą muzykę, mają zróżnicowane systemy komunikacji, potrafią tworzyć relacje. To niesamowity i niedoceniony gatunek, który często ginie w cieniu delfinów i ośmiornic, na których skupia się większość uwagi.

Z tym większym bólem obserwujemy zatem, jak te majestatyczne istoty ścigane są przez pazernych, żądnych zysków Ziemian. Z właściwą sobie znieczulicą urządzają oni połów komercyjny, chcąc pozyskać od talkunów eliksir wiecznej młodości, który później wymienią na grube miliony na dogorywającej Ziemi.

Talkun
Źródło: 20th Century Studios

Dlaczego to wszystko działa? O stylu Camerona słów kilka

W rękach innego reżysera ta opowieść zmieniłaby się w drogi moralitet o ochronie środowiska i taniej duchowości spod znaku Gwyneth Paltrow. To Cameron sprawia, że widowisko jest tak wciągające, choć na poziomie fabularnym może się wydawać niektórym „odgrzewanym kotletem”. Na szczęście jednak filmy to nie sama fabuła, dlatego nie ma sensu się zbytnio skupiać na tym aspekcie.

Częścią sygnaturowego stylu Camerona jest subiektywna kamera, która zbliża widza do postaci. Dzięki niej łatwiej się wczuć w emocje bohatera i zaangażować w film. Cameron lubi też wydłużać sceny akcji, co pozwala mu manipulować napięciem i znowu, emocjonalnym zaangażowaniem widza. Zobaczymy to na ekranie kilka razy z oszałamiającym skutkiem. Jego sceny ewoluują i zachowują przy tym wyrazistość przestrzenną, co odpowiada za efektowność filmu.

Zauważyliście, że Cameron lubi niebieski? Nie, nie chodzi tylko o niebieskich Omatikaya. To kolejny manewr reżysera, który pozwala mu podkręcać emocjonalną temperaturę filmu. Tak, Cameron jest mistrzem w używaniu naszej własnej empatii przeciw nam. I dlatego tak chętnie oglądamy jego filmy.

Źródło: 20th Century Studios

Danuta Repelowicz

Niepokorna dusza kochająca wulkany, naukowców, rocka i magiczne moce. Filmoznawczyni ze słabością do azjatyckich filmów, seriali, wiedzy tajemnej, gier i science fiction w każdym wydaniu. Poza tym wielbicielka kotów i wojowniczka Shorinji Kempo stopnia 4 Kyu. Stale poszukuje nowych inspiracji i żaden temat jej niestraszny.