Recenzja Battlefield 2042 – DICE, zjedz Snickersa

Ależ się cieszyłem na to, że w tym roku dostaniemy tak zróżnicowane realia w czołowych przedstawicielach strzelanego multiplayera. Activision postawiło na front II wojny światowej i mimo że temat już wydaje się przewałkowany na wszystkie sposoby, to wyszło świetnie. EA DICE postawiło za to na bardziej futurystyczne klimaty i liczyłem, że kiedy znudzi mi się strzelanie do nazistów, to chętnie przeskoczę na pole bitwy wraz z robotycznymi psiakami i gadżetami z przyszłości. Dziękuję, ale jednak 2042 rok to data, którą postaram się raczej omijać.

21 listopada 2021

Pewnie znajdą się tacy, którzy nowym tytułem EA będą zachwyceni. Nie ja; jestem zawiedziony i nie czuję się na siłach, żeby dawać Battlefield 2042 kolejne szanse.

4.5 /10
Ocena redakcji
serwisu GamesGuru
  • Rozpierducha, jaką czyni się, siedząc w pojeździe
  • Granie piechotą
  • Liczba broni
  • Brak przyjemności ze strzelania
  • Chaos na polu bitwy
  • Więcej biegania niż strzelania
  • Snajperzy i śmierć znikąd
  • Nic nieznaczące klasy postaci
  • Nieintuicyjny interface
  • Wielkie, ale brzydkie i puste mapy
  • Nieprzemyślane rozłożenie punktów podboju na mapach
  • Żaden tryb gry nie przypadł mi do gustu…
  • …a w szczególności Portal
  • Błędy, bugi, glitche
  • Brzydka oprawa audiowizualna
Spis treści

Oj, ależ to był szok, kiedy wpadłem z menu gry prosto na pole bitwy. Nie tego się spodziewałem; wielka mapa, której połacie terenu przemierzałem przez kilkanaście sekund w poszukiwaniu wroga, i natychmiastowa śmierć, jaką poniosłem po zbliżeniu się do okupowanej przez złą jednostkę pozycji, spowodowały niemiły grymas na twarzy. Na szczęście odrodzenie nastąpiło bardzo szybko i to nie w punkcie kontrolnym oddalonym spore metry od największej akcji, ale za plecami towarzysza, który siedział w niezłym kotle. Wypatrzyłem gromadkę wrogów, w kierunku których oddałem kilka strzałów, wydawałoby się trafionych, ale nie zrobiło to na nich wrażenia. Zginąłem od razu, jak tylko mnie dostrzegli. Pomyślałem „ok”, zdjął mnie jakiś wyjadacz, który na kilka dni przed premierą ma już 30 lvl konta, więc można było się spodziewać. Ale dalej nic się nie poprawiło. Wręcz przeciwnie, było tylko gorzej.

Chaos na 128 osób

Fajnie, że mimo braku singla Battlefield ma fabułę, szkoda, że w ogóle nie jest ona zajmująca, konflikt USA–Rosja jest już tak męczący i wyświechtany, że staram się ignorować fakt, czym są strony na tej wojnie. Tryby gry mamy trzy; jeden polega na zajmowaniu terenów na wielkiej, podzielonej na kawałki mapie. Czyli standard. Mapa jest ogromna, każdy jej fragment jest większy niż cała mapa u konkurencji. Robiłoby to wrażenie, gdyby nie fakt, że przez to więcej czasu spędzałem na docieraniu do miejsca akcji niż na faktycznym działaniu. Po drodze do punktów, których rozmieszczenie jest kreatywne, choć upierdliwe, i tak często prędzej zdjął mnie ukryty snajper lub szalejący maszynista w czołgu, równie tak samo zabójczym i pancernym, jak ten w poduszkowcu czy pilot niemożliwej do strącenia dla piechoty latającej maszyny.

Całkiem niezły widok w słabej grze

Tryb Hazard Zone, w którym zbieramy dyski, następnie lokując je w strefie odbioru, też oryginalny specjalnie nie jest i przypomina mi tryb multi z Far Cry 5. Biegniemy do specjalnego kontenera, z którego wyciągamy do trzech dysków, i biegniemy z powrotem do bezpiecznej strefy, żeby zdeponować ładunek. Zabawa jest taka, że dyski najpierw musi oznaczyć ktoś z drużyny, aby ułatwić ich odszukanie, tym samym przeciwnik może oznaczyć naszych żołnierzy, którzy mają dysk przy sobie, i zaczyna się sajgon z walką o odebranie dysku konkurencji. Delikatnym zgrzytem jest to, że gunplay w Battlefield jest słaby i samo bieganie z dyskiem do strefy nie daje tyle funu, żeby chciało się w nim spędzać długie godziny. Mimo to można poświęcić dłuższą chwilę na ten tryb, o ile lubisz w takich grach pracę na wynik zespołu, a nie tylko ściganie się w tabeli z licznikiem fragów. W ogóle nie znalazłem w Battlefiled potwierdzenia (może minimum w HZ), żeby gra drużynowa miała jakiekolwiek znaczenie. Ot, na polu bitwy zapierdziela do 128 indywidualistów i szanse na to, że kolega z czteroosobowej drużyny, do której randomowo przydzieliła cię gra, pomoże ci po tym, jak otrzymasz strzał uprawniający do zgonu, są bliskie zera. Nawet w poradnikach w necie znalazłem kluczową poradę, żeby od razu po padnięciu trzymać przycisk respawnu i nie liczyć na to, zże zostaniesz podniesiony! Na to, że medyk będzie klasą ważną na polu bitwy 2042 roku, nie masz co liczyć. A szkoda, bo lubiłem zabawę w reanimację towarzyszy na froncie Battlefield 1 równie bardzo, co zbieranie fragów.

Portal, najlepiej do innej gry

Tryb Portal może być ratunkiem dla tego tytułu. Gracz może tam ustawić dowolne warunki na polu walki, narzucić zasady, uzbrojenie, tryby, liczbę graczy, włączyć tryb, w którym jeden z graczy będzie zombie zarażającym kolejno następnych uczestników zabawy, a wszystko można rozegrać zarówno na nowych mapach, jak i na tych z Bad Company czy też odsłony 1924. No po prostu edytor rozgrywki nagradzający tych, których bawi tworzenie własnej rzeczywistości i zasad pod swoje wymagania. Tryb całkowicie… nie dla mnie. Nie lubię edytorów w żadnej grze. Niezależnie, czy to edytor skate parków w THPS, czy leveli w Little Big Planet, na edytorze postaci w dowolnym RPG kończąc. Cieszę się, kiedy mogę odebrać taki rodzaj rozgrywki, jaki chcieli mi pokazać twórcy.

Błoto i kamieni kupa

Jeśli istnieje z góry zdefiniowana postać w RPG, to cieszy mnie to niemiłosiernie. Jeśli bohatera mam sobie zrobić sam, to oddaję pada żonie i nie chce wiedzieć nawet, co ona tam stworzy, odbieram kontroler, jak już jest gotowe. Jeśli jednak edytory i wszelkiej maści ustawiaczki są trybem gry, to albo go nie ruszam wcale, albo ustawiam na 'default’ i bawię się, jak mogę. Nie chodzi o to, że nie lubię być kreatywny, ale nie tego oczekuję od gier, a zwłaszcza strzelanki multi. Chcę wskoczyć w wir akcji i bawić się intensywnie przez tę godzinkę, jaką mam na grę w czasie tygodnia, a nie spędzać długie minuty czy nawet godziny w trybie tworzenia rozgrywki. Rozumiem jednak, że dla wielu graczy edytor będzie głównym trybem nowego Battlefielda, dlatego też do mojej oceny możecie wtedy dodać nawet i 3 oczka. Ja oceniam grę, jakby tego trybu nie było, bo ani mnie nie cieszą stare mapy w nowym wydaniu, ani nie mam zamiaru babrać się w ustawieniach indywidualnych rozgrywki. Podobnie jak i scena moderska na PC, nie interesują mnie też twory innych graczy w świecie gry. O portalu nawet nie myślę.

Brak singla, a wszyscy grają jakby sami

Czy widzę jakąkolwiek nadzieję dla siebie w Battlefield 2042? Rozgrywka w trybie zajmowania terenu jest nudna i niegrywalna dla piechoty. Rozwój mojego wojaka ani odkrywanie skromnego arsenału broni nie wydają mi się czymś, co przyniesie satysfakcję przy czasie, jaki musiałbym w to włożyć. Rzadkie momenty, w których udaje mi się wbić do pojazdu, przynoszą minimum satysfakcji, windując ocenę końcową do 4.5. Co więc musiałoby się stać, abym spędził w Battlefield 2042 swój cenny czas, skoro to, czego szukam w tego typu grach, mam jak na talerzu w tegorocznym tytule konkurencji? Nie dla mnie to pole walki. Jeśli tobie gra się podoba i zachodzisz w głowę, co ten typ z GamesGuru pie****i w recenzji, to super, przynajmniej nie straciłeś grubej kasy, jaką należy wyłożyć na grę. Ale wiedz, że nasze gusta są tak diametralnie różne, że pewnie gdybyśmy usiedli w barze przy piwku, to zachodziłbyś w głowę, jak mogę pić takie szczyny, jak to, co mam w kuflu, i vice versa. Cieszę się twoim szczęściem i tym, że Battlefield 2042 jest już za mną i mogę o nim zapomnieć.

Michał Chyła

Gdyby miał się porównać do postaci ze świata filmu to byłby to Gruby Gnój z Austina Powersa. Twierdzi, że jego ulubionym gatunkiem filmowym jest dramat psychologiczny, ale ogląda przynajmniej jeden słaby horror z lat 80tych dziennie. Maniak serii Souls. Przed śmiercią chciały zagrać w każdą grę, jaka wyszła.
UWaga! Gorące informacje!