Film The Video Dead (1987) – potwora z telewizora przed Ringiem // Krew na taśmie

Wiele osób twierdzi, że zło wychodzi z telewizora, pożera i trawi mózgi widzów. Jak się okazuje reżyser i scenarzysta Robert Scott wpadł na wykorzystanie tego motywu w kinematografii wcześniej niż Hideoshi Takahashi, do którego scenariusza w 1998 roku powstało arcydzieło japońskiej kinematografii, znany na całym świecie horror „Krąg”. Nie wiadomo, na ile i czy w ogóle Takahashi w czasie pisania scenariusza inspirował się filmem The Video Dead Scotta, ale jeśli tak było, to chwała mu za to, że w tak małym stopniu czerpał z niego inspirację.

30 lipca 2020

Na samym początku filmu poznajemy pisarza Henry’ego Jordana, a właściwie nie poznajemy, bo jego rola w filmie to standardowe początkowe mięsko na przystawkę. Henry, zajęty pracą zapewne nad nową powieścią typu Remigiusz Mróz, nie może się skupić ze względu na dźwięki telewizora dobywające się z sąsiedniego pokoju. Pisarz postanawia zainteresować się wydarzeniami na ekranie, jednak wyświetlany film o zombie nie trafia w jego gust, więc wyłącza telewizor. Film nie daje jednak za wygraną i telewizor sam włącza się, próbując przyciągnąć uwagę zbuntowanego widza. Tym razem porażka całkowita: Henry wyciąga wtyczkę z gniazdka i – posyłając krnąbrnemu sprzętowi RTV niemiłą wiązankę – wraca do pracy. Walka wydaje się wygrana, ale wychodzi na to, że sprzęt niewiadomej marki ma jeszcze jednego asa w rękawie, funkcję, której nie powstydziłby się żaden nowoczesny telewizor wyposażony w opcję Smart TV.

Pokój wypełnia nagle mgła, wkoło telewizora zaczynają wydobywać się wyładowania elektryczne, a sam piekielny Rubin wykonuje popisowego koziołka, lądując z komody RTV na podłogę. Okazuje się, że bez potrzeby podłączania magnetowidu oraz oglądania specyficznej kasety (nie mówiąc o czekaniu 7 dni) z telewizora zaczynają wychodzić bohaterowie obrazu, którego seansu odmówił sobie zapracowany pisarz. Nad ranem dwóch niezbyt błyskotliwych kurierów, jacy przybywają do domu Jordana, aby odebrać paczkę, znajduje wyniki wieczornej imprezy pisarza z jego nieoczekiwanymi gośćmi. Gospodarz domu zostaje znaleziony martwy z typowymi dla zombie obrażeniami ciała: przyozdobiony elementami wyposażenia domu z poderżniętym gardłem, mózg ma na swoim miejscu, widocznie zombie w tym uniwersum mają inne upodobania kulinarne.

Po śmierci pisarza dom zostaje sprzedany, nabywcy to światowi ludzie, którzy nie mają czasu na zajmowanie się dziećmi, dlatego dom zasiedla rodzeństwo: starsza siostra oraz jej niezbyt rozgarnięty brat pobierający MTV zapewne drogą wziewną wraz z ziołem. Jako że samotnia gburliwego pisarza nie spełnia rozrywkowych wymagań nastolatka, to złakniony zabawy młodzian przeszukuje domostwo, znajdując upiorny telewizor, który ma mu pomóc w zabiciu nadmiaru wolnego czasu. W tv na szczęście zamiast zombie pojawia się przepiękna blondynka grana przez wokalistkę zespołu the Nuns – Jennifer Miro. Następnego dnia do drzwi puka Kowboj starający się ostrzec domowników przed telewizorem szatana. Wydawałoby się, że bomba absurdu wybuchała już na początku filmu, ale jak u Hitchcocka napięcie bezsensowności będzie ciągle rosnąć.

Robert Scott, trójca święta tej produkcji – bo reżyser, scenarzysta i producent w jednym – wziął chyba na siebie zbyt wiele, ponieważ mam wrażenie, że dopiero po prezentacji swojego działa ktoś podpowiedział mu, żeby sklasyfikować ten horror wraz z subkategorią komedii. The Video Dead można śmiało nazwać filmem tak złym, że aż dobrym, ponieważ nie tylko gra aktorska wywoła uśmiech na twarzy, ale i dialogi są pełne perełek i cytatów godnych wytatuowania na świńskiej skórze przed wrzuceniem jej do gara z bigosem. Dialog, który nawiązuje się pomiędzy kowbojem-łowcą zombie a nastolatkiem, kiedy okazuje się, że sposobem na zombie jest rozczłonkowanie nieumarłego niemilca piłą mechaniczną, jest tak rozkoszny, iż od razu nabrałem chęci na seans wszystkich części „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Dalej jest lepiej, ponieważ dowiadujemy się na przykład, że skuteczne rozwiązanie to zamknięcie zombie w… pokoju bez wyjścia lub pokazanie im lustra, gdyż wtedy urzeknięci swą brzydotą stracą głowę do myślenia o pogoni za ofiarami.

Absurd goni absurd, uśmiech wywołany zażenowaniem wydarzeniami na ekranie nie znika do końca seansu. Dzieło Scotta nie otrzymało szansy walki o Oscary, ponieważ obraz wylądował od razu na kasecie VHS, jednak wiele chwały twórcy nie przyniósł, gdyż w filmografii reżysera nie znajdziemy żadnego innego obrazu pełnometrażowego (choć podobno maczał palce przy całkiem niezłym serialu Banshee z 2013 roku).

Czy więc Video Dead warty jest obejrzenia po latach? Zdecydowanie tak, wspaniała perełka VHS, której nie dane było doczekać się statusu kultowości ani chyba nawet premiery w kinie nocnym w polskiej telewizji. Powinien zadowolić nawet tych, co obejrzeli już większość produkcji prezentujących żywe trupy, szczególnie że w parze z absurdalnym humorem idą wcale nie najgorsze efekty specjalne i charakteryzacje zombie, zwłaszcza jak na film z kasety.

Michał Chyła

Gdyby miał się porównać do postaci ze świata filmu to byłby to Gruby Gnój z Austina Powersa. Twierdzi, że jego ulubionym gatunkiem filmowym jest dramat psychologiczny, ale ogląda przynajmniej jeden słaby horror z lat 80tych dziennie. Maniak serii Souls. Przed śmiercią chciały zagrać w każdą grę, jaka wyszła.
UWaga! Gorące informacje!