Film Robowar (1988) – Predator bez pieniędzy // Krew na taśmie

Włosi nie gęsi i swojego Predatora mają. Tylko ich Arnold jakiś chudy, a drapieżnik w ogóle nie straszny. Za to gęba widzów uśmiechnięta.

20 marca 2021

Kiedy oglądałem we wczesnych latach 90. film o wyprawie ratunkowej grupy amerykańskich komandosów do południowoamerykańskiej dżungli, bałem się. Bałem się już wcześniej, bo od małego uwielbiałem kino grozy, ale do dziś pamiętam ten konkretny strach.

Predator – trauma z kosmosu

Kiedy prześladowca, który wyrzynał w systematyczny i brutalny sposób członków amerykańskiego oddziału supertwardzieli, zdjął maskę i okazało się, że jego prawdziwe oblicze skrywa coś jeszcze bardziej przerażającego, nie wytrzymałem. Matka musiała zabrać mnie z pokoju i uspokoić, a potem długo bałem się zasypiać przy zgaszonym świetle w obawie przed łowcą z kosmosu. Dziś już się nie boję i z chęcią powtarzam co jakiś czas seans filmu, który wywarł na mnie takie wrażenie.

I nie tylko na mnie, bo Predator podbił serca fanów grozy na całym świecie. Nie tylko widzów, ale i filmowców, którzy szybko postanowili posmakować ze źródełka sukcesu i kręcili własne wersje Predatora. Już rok po amerykańskim oryginale włoski reżyser Bruno Mattei wypuścił na światło dzienne Robowar.

Komando specjalnej troski

Grupa komandosów zostaje wysłana z tajemniczą misją do dżungli. Cel misji zna tylko jedno z nich, tak tajna jest to wyprawa. O ile w Predatorze mieliśmy do czynienia z grupą nadkomandosów, badassów, z których każdy z osobna mógłby robić za Rambo, to w Robowar mamy zgraję godną osiedlowego klubu fitness. Główny bohater przypomina z wyrazu twarzy zdegustowanego Gordona Ramsaya, ale przynajmniej nie musi chować piwnego brzuszka jak jego koledzy z oddziału. Aktorzy zostali dobrani do ról raczej losowo, choć „aktorzy” to chyba za wielkie słowo, gdyż emocje, jakie pokazują w czasie wyprawy, wskazują, że misja to grzybobranie. I nie chodzi mi o radioaktywne, psychoaktywne grzyby dające nadludzkie moce. Nie, oni zachowują się, jakby mieli uzbierać słoiczek opieńki.

Komandosi w dżungli

Szybko jednak natrafiają nie tylko na zwłoki żołnierzy, z którymi ktoś wyjątkowo brutalnie się obszedł, ale i na przeciwnika dysponującego niesamowitą siłą i nowoczesnym uzbrojeniem, co szybko zmniejsza liczebność oddziału śmiałków. Wspominane zwłoki to najjaśniejszy element filmu, ich projekt i efekty są całkiem zgrabnie wykonane i na bardzo wysokim poziomie, na tak wysokim, że wszystko na niebie i ziemi każe mi podejrzewać, że to kadry pożyczone z innego filmu. Ponieważ cała reszta efektów kuleje, ba, nie ma nóżek ani rączek. Dość powiedzieć, że broń żołnierzy strzela bardzo wybiórczo, czasami wydobywa się z nich ogień, a czasami aktor po prostu trzęsie orężem. Postrzeleni wrogowie podskakują i rzucają się na ziemię bez żadnej oznaki, że zostali trafieni, a całość scen przypomina nagraną zabawę uczniów podstawówki w wojnę. Słomiane domki wybuchają po trafieniu z bazooki, a postrzał z karabinu powoduje odrzucenie przeciwnika na absurdalne odległości. Największą porażką speców od efektów i kostiumów jest jednak główny wróg.

Emocje na polowaniu

Oto włoski Predator, karykatura samego siebie, człowiek ubrany w skórzany kostium z futbolowymi naramiennikami i kaskiem motocyklowym, z podoklejanymi plasteliną rurkami od odkurzacza, wygląda bardziej jak bohater filmów od zespołu filmowego Skurcz niż niepokonany łowca. Cyborg Omega 1 dysponuje najnowocześniejszym uzbrojeniem, czyli karabinem ze Smyka strzelającym kolorowymi wiązkami lasera oraz wzrokiem niepozwalającym na rozróżnienie niczego, ponieważ najwidoczniej działa na oprogramowaniu od Atari 2600 albo jakiegoś wczesnego prototypu, bo piksele są tak wielkie, że cyborg zapewne nie widzi nic.

Jak więc udaje mu się prowadzić skuteczną eliminację komandosów? Otóż wojacy są największą zgrają patałachów, jakich znała amerykańska armia. Na widok cyborga nie tylko często rezygnują z ostrzału, ale zdarza się im wyrzucać broń i zbierać do ucieczki. Chętnie jednak ostrzeliwują las bez świadomości, w co celują, mimo tego że ich przeciwnik nie kwapi się nawet, aby specjalnie się ukrywać. Komandosi z Robowar nie stanowią nawet cienia jednostki specjalnej, na czele której stał Arnold Schwarzenegger. Autorzy filmu musieli jednak znać oryginał, ponieważ w filmie znajduje się tak wiele scen żywcem wyciągniętych z Predatora, że śmiałbym podejrzewać, iż film mógł powstać na licencji i jest po prostu włoską wersją hollywoodzkiego przeboju. Ale seans utwierdza mnie w tym, że film powstał zapewne tak minimalnym wkładem finansowym, że o żadnych licencyjnych zakupach mowy być nie może.

Biedator – hołd czy plagiat?

Celowo nie wbijam się w fabułę głębiej, gdyż warto to zrobić samemu. Tak, jest to kino tak złe, że może sprawić przyjemność w czasie oglądania. Dialogi są fatalne na tyle, że ich słuchanie powoduje nieustanny uśmiech na twarzy, absurdalne zachowania bohaterów również bawią, kiedy w czasie walki robią miny, jakby doskwierało im ekstremalne zatwardzenie, za to biernie obserwują, jak parę metrów od nich cyborg zabija ich kolegę, a dla zbadania sytuacji od razu puszczają na zwiady na miejsce zbrodni następnego pojedynczego agenta. Sympatycznie też robi się, kiedy znając oryginalnego Predatora, wyłapujemy, że scena jest próbą dokładnego odwzorowania takiej samej sceny z oryginału.

Tylko ten Arnold taki chudy, ta uratowana zakładniczka taka blada (Sharon Stone dla ubogich lub Anna Samusionek dla klasy średniej), a ten Predator taki pierdołowaty i żałosny. Aż nie można sobie odmówić zmarnowania półtorej godziny czasu.

Robowar - okładka

Michał Chyła

Gdyby miał się porównać do postaci ze świata filmu to byłby to Gruby Gnój z Austina Powersa. Twierdzi, że jego ulubionym gatunkiem filmowym jest dramat psychologiczny, ale ogląda przynajmniej jeden słaby horror z lat 80tych dziennie. Maniak serii Souls. Przed śmiercią chciały zagrać w każdą grę, jaka wyszła.
UWaga! Gorące informacje!